„GADAJ DALEJ PETE, A ZAGADASZ SIĘ NA ŚMIERĆ”

Czegóż to nie można się nasłuchać i naoglądać w prognozach pogody: a to, że będę upały (a kiedyż miałyby być jak nie w środku czerwca?), a to, że przejdą gwałtowne burze itd. Nic podobnego. W Gdańsku, i tu gdzie mieszkam tj. na chełmskim wzgórzu, wciąż trwa ta sama mgielno-jesienna z przenikliwym, zimnym wiatrem z północy pogoda. W dodatku, co rano pojawiają się gęste, ciemne mgły. A zatem czerwiecli to, czy listopad?

Ludziska jednak korzystając z tzw. długiego weekendu, i nie zważając na koronawirusa, rzucili się do wyjazdów. Sopot jest tak zatłoczony, że nie ma gdzie nie tylko zaparkować samochodu, ale dosłownie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Co ludzi gna by siedzieć jeden na drugim, na kupie, w tłumie, i w dodatku jeszcze w zimnym Sopocie? Co to za „wypoczynek” w takim ścisku?

Ja „dla rozgrzewki” oraz z innych „powodów” (teraz wszystko jest „z powodu”, nade wszystko „z powodu koronawirusa”) ciągnę te swoje zapiski i wspomnienia, bo jednak odzew jest, wśród Czytelników znaczny. Reakcje też są przeróżne, od pochlebnych aż po określenia, że… „twój zapis, Janku, na temat Zygmunta Krasińskiego jest, niestety, głupi, bo ahistoryczny”. Tu Czytelnik wyłuszczył mi, że nie można pisać o Krasińskim w ten sposób, w jaki ja to uczyniłem, tj. w sposób… właśnie ahistoryczny, tzn. bez orientacji tła historycznego czyli, innymi słowy, znajomości imponderabiliów. Zarzuciłem bowiem Krasińskiemu, że w ogóle nie pracował oraz że nie interesował go los zwykłych ludzi. Otóż ów Czytelnik użył, jako argumentu informacji, że przecież Krasiński pochodził z rodu królewskiego, że był hrabią, ordynatem itd. oraz że przecież w tamtych czasach wszyscy ci nasi wieszczowie i poeci tak żyli.

Kiedyś jeden ze uniwersyteckich profesorów, w dodatku współczesny „filozof”, któremu dałem do recenzji te moje zapiski, zarzucił mi, że nie ma w nich „pogłębionych refleksji”. Otóż odpisałem mu, że owe „pogłębione refleksje” to ja starałem się zawrzeć tak, jak umiałem w moich wierszach. A poza tym piszę tak, jak mi jest wygodnie i gdym miał zajmować się tłem historycznym postaci i zdarzeń, o których wspominam, to zamiast zapisków byłyby tak jakieś – Panie Mości Dzieju – naukowe essay’e, czego w owych zapiskach staram się unikać.

(Zapiski, zapiskami, ale zanim opublikuję je w sieci, to po wielokroć je czytam, poprawiam, zastanawiam się czy w ogóle warto je upubliczniać? Nigdy do końca i tak nie jestem zadowolony, bo przecież zawsze można nie tylko lepiej, ale i inaczej. A i tak popełniam – jako polonista! – błędy, za które moich Czytelników niniejszym przepraszam).

Jeżeli zatem ahistorycznie, czyli m.in. bez „dogłębnej znajomości rzeczy” piszę o moich wrażeniach na temat listów Krasińskiego do Gaszyńskiego, to obawiam się jak zostaną przyjęte moje wrażenia na temat filmu… Quentina Tarantino pt. Nienawistna ósemka (The Hateful Eight – 2015) 176 min.

Ani jednego bowiem filmu Tarantino do końca nie obejrzałem, ponieważ uważam, że te jego „dzieła” nie mają nic wspólnego ani z filmem, ani tym bardziej ze sztuką (nawet pisaną przez małe „s”). Tym razem skusiłem się, bo miał to być western, w dodatku z muzyką nagrodzoną wszelkimi możliwymi nagrodami dla Ennio Morricone, a nade wszystko nakręcony w formacie 2,75:1; na taśmie 70 mm, kamerą Ultra Panavision 70 z anamorficznymi obiektywami. Słowem: przez prawie trzy godziny siedź, gap się i podziwiaj zarówno efekty owego kręcenia kamerą Ultra Panavision, jak i oscarowo-złotoglobową muzykę Morricone

Tu nawiasem chciałbym wspomnieć, że tą techniką zostało nakręconych tylko kilka filmów tj. w 1959 r. Ben Hur, w 1962 r. Lawrence z Arabii oraz w 1968 r. 2001: Odyseja Kosmiczna. O ile jednak te trzy filmy to są arcydzieła, które na zawsze pozostaną w historii kina i w pamięci kinofilów, o tyle film Tarantino powinien być jak najszybciej zapomniany, albo być przykładem filmowego hochsztaplerstwa i nieudacznictwa.

99% procent filmu Nienawistna ósemka rozgrywa się (właściwsze byłoby: gada się) w zamkniętych pomieszczeniach. Po co więc te 70 mm i inne optyczne i operatorskie cuda? Na początku – przykładowo – jest długa scena jazdy dyliżansem i mogę iść o zakład, że jest nakręcona z projekcją tylną. Po co – pytam po raz wtóry – kamera Ultra Panavision 70 z anamorficznymi obiektywami?

Cały ten „western”, to straszliwa gadanina i… efekty specjalne z hektolitrami krwi, w których tak lubuje się Tarantino. Nawet w pewnym momencie jeden z bohaterów mówi: „Gadaj dalej Pete, a zagadasz się na śmierć”. Istotnie, wszyscy przez prawie trzy godziny: gadali, gadali gadali, gadali na koniec się zagadali i pozabijali. (Tym razem obejrzałem film do końca, bo chciałem się dowiedzieć, do jakiego absurdu jest zdolny Tarantino).

Ktoś znowu mógłby mi zarzucić, że patrzę na film ahistorycznie, bez znajomości epoki, a poza tym fabuła jakże jest przecież interesująca, a jednocześnie zawikłana. A poza tym jakże ważną rolę odrywa w tym filmie list Abrahama Lincolna itd. itd. Tylko po co te hektolitry krwi?

(Po zakończeniu każdego filmu jest wyświetlana lista realizatorów. Po Nienawistnej ósemce, jako pierwsi ukazali się spece od „efektów specjalnych”, czyli przelewanej hektolitrami filmowej „krwi”).

Western to jednak ma być western: otwarta przestrzeń, działające a nie gadające postacie, piękne plenery i zdjęcia oraz muzyka a nie jakieś pobrzękiwania oraz huk i łomot jak to jest w przypadku Nienawistnej ósemki. (Tu ciekawostka: Morricone za niezapomnianą muzykę do filmu Misja otrzymał tylko nominację do Oscara. A za huk i łomot do Nienawistnej ósemki oprócz Oscara wiele innych nagród. I jak tu cenić i szanować nagrody).

Za to prawdziwą radość i satysfakcję sprawił mi western, co się zowie produkcji… duńskiej z plenerami kręconymi w RPA. Wybawiciel (The Salvation – 2014), 100 min., reż. Kristian Levring, to bowiem porządny, poważny, a nade wszystko znakomicie zrealizowany, sfotografowany i zagrany western. I rzecz najważniejsza: w roli Jona Jensena występuje mój ulubiony aktor Mads Mikkelsen.

Kto zresztą Madsa Mikkelsana nie lubi za arcyświetną rolę w filmie Polowanie z 2012 r.? No a teraz jeszcze ten dzielny, westernowy Jon Jensen.

A co imponderabiliów, bo takiego określenia użyłem w tym zapisku to, jeśli ktoś chciałby mi zarzucić, zapytać: po co te moje zapiski i wspomnienia piszę, to mógłbym odpowiedzieć, że są one nie tylko „rozgrzewką” przed literaturą, ale nade wszystko właśnie… imponderabiliami.

14 czerwca 2020 r.

Postscriptum.

1. Udało mi się odnaleźć w Internecie film Naprawdę wczoraj z 1963 r., w reż. Jana Rybkowskiego. Film ten ma się jednak nijak do powieści Leopolda Tyrmanda Siedem dalekich rejsów.

Dlaczego Tyrmand zgodził, aby mu zrobiona coś tak bezsensownego z jego powieści? Przecież w beznadziejnie zrealizowanym obrazie Naprawdę wczoraj nie ma ani fabuły, ani składu i ładu, ani w ogóle żadnego sensu.

I jeszcze w dodatku ten plątający się nie wiadomo po co Gołas, ten rezonujący Holoubek, i gadający przez nos Łapicki. No, Beata Tyszkiewicz i Ewa Krzyżewska są naprawdę śliczne. To jednak stanowczo za mało na fabularny film.

2. Zapisek ten postanowiłem okrasić kadrem z filmu Wybawiciel.