POEZJE WYBRANE

Wiersze
Data wydania: 2000

„Jan P. Grabowski – poeta niezwykły. Kto tak jak on odda zapach i smak papierówki z przydomowego ogrodu, wychwyci wśród jazgotu i hałasu miasta  – szum zatoki, poszuka z nami ciszy, zachwyci się srebrzystym śladem umykającej w jeziorną toń ryby, pokłoni srebrnym świerkom i szarym gdańskim ulicom?”.

Fragment „Słowa wstępnego” Zofii Gołub-Kowalskiej. Gdańsk, 2000.

 

POEZJE WYBRANE,

Wydawnictwo Diecezji Pelplińskiej „Bernardinum”, Pelplin 2000, ss. 198. (100 wierszy). 

 

Wydanie książki sponsorował

International Paper – Kwidzyn S.A.

 

Na s. 177-193 załączone są Opinie o twórczości Jana P. Grabowskiego (fragmenty). O twórczości autora Poezji wybranych piszą: Waldemar Smaszcz, Białystok; Regina Witkowska, Sopot; Bożena Cichocka, Gdańsk; Jarosław Kurek, Sopot; Piotr Siwecki, Olsztyn; Tadeusz Lewandowski, Warszawa; Stanisław Nyczaj, Kielce; ks. dr Tomasz Czapiewski, Gdańsk; prof. dr Jerzy Samp, Gdańsk; Zofia Gołub-Kowalska, Gdańsk; Agnieszka Tomasik, Sopot.

(Dnia 24 listopada 2000 r. odbyła się – z inicjatywy Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis – uroczysta promocja Poezji wybranych. Słowo wstępne wygłosiła Zofia Gołub-Kowalska, kierownik biblioteki przy ul. Mariackiej w Gdańsku. Wiersze recytowali: Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis, aktorzy Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku. Oprawa muzyczna: kwartet smyczkowy Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis).

 

Zawartość: Przed wejściem w Bezmiar; Nadzieja; Jeszcze wczoraj; Dwa ogrody; Dzień jutrzejszy jest jak słoneczna równina; Z nocy w noc, z ciemności w ciemność; Gwiazdy; Drzwi; Znad odległości niewidzialnych czuję dotyk nocy; Tamten wczesny krajobraz; Posłuchajmy jeszcze…; Oto obraz ściszony; Przez chwilę; Łaska widzenia; Niepokojące dni; Modlitwa w katedrze; Tak; Niezmienność; Zielona planeta; Jeszcze przebiegam pod światłami gwiazd, pochylony w sobie; Kwarcowa góra; A więc to tylko przemijanie?; Przystanek w błękicie; Łagodność; Poziom światła; Listopad; Zmysłowa gęstość cieni; …i wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność; Jak szelest jedwabiu; To jest właśnie ta chwila; Zielone święta; Tafta; Urodzaj światła; Ukojenie; Modlitwa; Pisałem…; Nikt ci żadną kradzieżą; Tyle Ci rzeczy chciałem powiedzieć; Wtedy, gdy śpią; Wrzesień: powietrzność; Zmysł życia; W krajobrazie czerwieniejących buków; Elegia o codzienności; Pośród niepochwytnej jasności dnia; Idziemy powoli do… Nieskończoności; Błękitny maj: moment uwznioślenia; Majowe impresje Anno Domini 1993; Kilka strof na początek lata; Zrywanie papierówek; Przywożę z sobą sierpnia już wczesną jesień; A jednak ciągle patrzymy w przyszłość; Wieczór pod Czantorią; Niedługa podróż; Aż do zachłyśnięcia błękitem; Nie do końca wiem; Jakaż tu cisza…; Październik: nagle…; Ach, więc to już jesień?; Niewypowiedziane jest piękno jesieni; Prośba przed Adwentem; Czyżby zwabiły cię bielą te pierwsze, grudniowe śniegi?; Kilka refleksji o bliźnich; Pomiędzy zachwytem, a lękiem; Przebudzenie o świcie; Magnolia w oliwskim ogrodzie; Aerostaty, Jowisz i Akwarydy; Lipcowe akwarele; Kiedy podchodzimy…; Zanurzając dłonie w wodzie zielonej jak nefryt; Ach, witaj mi…; Nad wodą spokojną i czystą; Stałem urzeczony przestrzenią ze światła utkana i ciszy; Noc. Noc nad jeziorem zapada; A wokół ta magiczna harmonia natury; Listopad. Gdańsk. Ulica Długa; Gdańsk w Zaduszki. Listopad…; Słuchając Kanonu D-dur Johanna Pachelbela; Nastroje; Nie wiesz, czy posiadłeś zdolność do odczuwania cudowności świata; Uwolnieni; Litografia z jaworem; Wielkanocna suma; Przy fontannie w Loreto; Naprawdę nic…; Na Pohulance swój koncert dziś sójki bezpłatnie dają; Na wieczny – wobec nas – krajobraz patrzymy; Na łące: w Wiczlinie; Piosenka dla żony; Dopiero za drugim przyjazdem…; Przeglądamy fotografie; Slow-fox w chamois; Uważność; Pozostawiam; W śnieżnym lesie; Krajobraz z pliszką; Pożegnanie z domem; Nie mówię „do widzenia”, „żegnaj” mówię; Czy wiedzą?; Dziękuję. Dziękuję….                 

 

 

TRYPTYK MALBORSKI

 

Część pierwsza

 

KILKA STROF NA POCZĄTEK LATA

 

O zielony, szumiący oceanie

jabłoni, grusz i dojrzewających wiśni.

O kołyszący się oceanie liści

wznoszonych wiatrem pod niskie,

wypełnione ciemnością i deszczem chmury.

 

O wróble gnieżdżące się pod dachówkami,

unoszące trzepotem cały dach

– dom niemal – w powietrzny przestwór

nad powierzchnię rozkołysanych ogrodów.

 

O mały, biały domku dokąd

jak statek teraz mnie zabierasz?

W jaką podróż? Na jakie oceany:

zielonych, czy już niebiańskich krajobrazów?

 

O dniu zielony

wabiący otwartą przestrzenią,

zapraszający do lata. Ten twój przepych

dojrzewających owoców

to już z całą pewnością zapowiedź jesieni.

Ale to jeszcze tak daleko. Daleko?

Zaledwie na odległość

kilkudziesięciu dni. A może miesięcy?

A może lat? A może tylko kilku chwil?

 

O życie: niepowtarzalna,

jedyna szanso mojej tutaj obecności.

O życie, jesteś jak ożywczy Blask

rozświetlany zielonym aromatem,

który wyprowadza mnie stąd… Tam:

w transcendentalny wymiar

niebiańskiego oceanu: traw, liści i drzew.

 

(1993)

 

 Ojcu

 

TRYPTYK MALBORSKI

 

Część druga

 

ZRYWANIE PAPIERÓWEK

 

Cały w powodzi,

w zapachu, w szeleście papierówek.

Cały przez złote jabłka

zamknięty, otoczony. W chryzopraz

zatrzaśnięty. Cały w barwach zielonozłotych.

 

Cały w powodzi

drzew. Głowę schylasz

przed ich szumiącym majestatem.

To one są ci tu najbliższe

(one i nic, i nikt poza tym?)

w ten dzień, w tej niepowtarzalnej chwili,

tak delikatnej i tak krótkiej,

że znika, rozpływa się rozpierzcha

w tej samej sekundzie, co powstaje…

 

A skórę dłoni długo jeszcze

przenika zapach papierówek.

Bo tylko pamięć zatrzymuje

– a kiedyś odtworzy i powtórzy –

szelest, zapach, dotyk, barwę – jabłek.

Poprzez powietrzny przestwór słychać

świsty i trzepot szpaczy.

 

Ptaki chmarami obsiadają

najwyższe gałęzie drzew. Aż Tam,

gdzie dłoń po jabłko wyciągasz

– niby po małą, zielonozłotą planetę –

nie dosięga najdłuższa drabina.

 

To jabłko – co na gałęzi zostaje –

jest na orbicie drzewnego świata.

Albowiem dotknięte złocąc się spada

w złożone dłonie. I znika świetlistą smugą.

I w kosmos ogrodu zapada.

 

(1993)

 

 Matce

 

TRYPTYK MALBORSKI

 

Część trzecia

 

PRZYWOŻĘ Z SOBĄ

SIERPNIA JUŻ WCZESNĄ JESIEŃ

 

Przywożę z sobą nastrój domu,

niepowtarzalny zapach ogrodu, widok

– jakże zachwycający – słoneczników,

którymi obdarowujesz mnie na drogę.

A na odjezdnym wszystkim tym,

co w ogrodzie i w domu najlepszego.

 

Przywożę z sobą

twoją spokojną zgodę na

te kilkadziesiąt lat w jesieni życia.

Twoje nieustające pożegnanie,

chociaż – przecież – w bezsenne noce

jeszcze w gwiazdy spoglądasz…

 

Jak młody człowiek

ogarniasz wzrokiem Mleczną Drogę.

I pogodę na dni najbliższe przepowiadasz:

że za dwa dni będzie nów Księżyca,

że upały jeszcze przez pięć dni się utrzymają.

Bo – mówisz – że niebo w dzień jest takie jasne…

 

Przywożę z sobą zapach ogrodu.

Tam zawsze i wszędzie można dostrzec

dotknięcia i ślady dłoni twoich. Nawet

zwyczajny koper – gdy mi go na odjezdnym dajesz –

pachnie jak najpiękniejszy bukiet kwiatów.

 

Przywożę z sobą

ostatni w tym roku kosz jabłek papierówek,

które szpaki na końcach gałęzi oszczędziły.

Teraz – w mieszkaniu nad zatoką,

w dużym mieście – tak smakują

jak nigdy i nigdzie żadne owoce.

Bo Słońce i lato w nich skupiły

najdoskonalszy kształt. I smak, i zapach.

 

Przywożę z sobą

każdy twój gest i każde słowo.

A każdy twój gest to

jak gdyby wciąż nieustające pożegnanie…

 

Przywożę z sobą

nastrój lata. A w nim wyraźnie

już dostrzegalny w owocach znak:

rychłą jesień. Przywożę z sobą

powolną – twoją – zgodę na przemijanie.

I trochę nadziei, trochę życia.

I wiele, wiele blasku z domu,

zapachu z ogrodu. I ciepła od ciebie, mamo.

 

(1993)

 

 NIEWYPOWIEDZIANE JEST PIĘKNO JESIENI

 

Niewypowiedziane jest piękno jesieni

ukazującej prawdziwe oblicze świata. Obfitość

owoców u zarania: złotopurpurowych, pełnych światła

i delikatnego półcienia. Ciążących ku ziemi

– jak wszystko, co żyje – poprzez szkarłat obłoków,

liści, powietrza, przestrzeni… Kilka tygodni ten czas trwa.

 

I aż do zupełnego spopielenia

w zimowej chłodni. W królestwie gawronów i kawek.

W dalekim przestworze żółtych zmierzchów

wróżących wichry i sztormy. I pierwsze śnieżyce…

 

Niezmierne to piękno. Od ciebie

– od początku do końca – niezależne.

Ty możesz je – co najwyżej – podziwiać:

jak gandawski poliptyk braci von Eyck

albo jak zorze polarne, jak fiordy Norwegii

lub furkot kolibrów mieniących się w Słońcu…

 

Niezwykła to pora:

jakby w tej jednej chwili

wszystkie uroczystości roku się stały.

Te najbarwniejsze i najbardziej dostojne.

Z twoim – jako widza – udziałem.

 

Bo to tylko możesz: być.

Bo nic nie zmienisz. Późną jesienią

już od południa zmierzch czernią prószy.

I dłonie swoje niedostrzegalnie kładzie

na wszystkich rzeczach. Także na… tobie.

 

Niewysłowione to chwile. Od ostatnich dni lata

i aż po przedproża zimy: jak gdyby daleka podróż,

z której właśnie wróciłeś.

I już nigdy nie zdarzy się właśnie taka: jednorazowa.

Tego możesz być pewien. Jak swego życia:

niepowtarzalnie tu istniejącego.

W powtarzających się co roku jesieniach.

 

(1994)

 

 KILKA REFLEKSJI O BLIŹNICH

(Z Jednorożcem i mgławicą Rozety w tle)

 

Dopiero tu – nad zatoką – jest więcej spokoju.

I znacznie mniej ludzi:

gdzie indziej narzucających

swoją męczącą obecność, swoją zachłanność życia…

I swoje cierpienia tak,

jakby nic innego nie było tylko prócz ich bólu.

I właśnie – ich istnienia.

 

A i tutaj mijamy się z daleka… Z bliska

– nic nie znaczącym „dzień dobry”. W windzie –

rozmawiamy o pogodzie

lub o… psach. O spacerach z nimi.

A potem wracamy do mieszkań-samotni.

I siedzimy w nich jak w dziuplach

wystawiani na sztych wichrów, burzy albo śnieżyc.

 

Z dziewiątego piętra można dostrzec

jak ludzkie mrowie przesypuje się bez końca.

I zawsze tymi samymi, od lat niezmiennymi ścieżkami.

I nie można zobaczyć żadnych zmian, ani przeżyć.

 

I ani jednego celu… Chyba,

że z poziomu ich wzroku: aby tylko przeżyć

jeszcze do następnego dnia. Do najbliższego…

świtu. Albowiem każde spojrzenie

– ponad widnokres – budzi… lęk metafizyczny.

I wznieca tę jedną, jedyną pewność,

że nasze trwanie zaczyna się i kończy wśród obcych,

wrogich nawzajem sobie ludzi.

 

Bo przecież nie Tam, wśród planet.

Czy na tej – pod lasem – ośnieżonej łące,

która oddycha szeroko

(pospołu z zatoką, pod otwartym przestworem)

zmrożonym, błękitnym powietrzem.

 

Wystarczy tylko wiedzieć

(albo unieść głowę znad tego,

co będzie jutro lub co było wczoraj),

że właśnie między gwiazdozbiorem

Małego Psa, Oriona i Wielkiego Psa

błyszczy konstelacja Jednorożca,

przez który Droga Mleczna przechodzi.

I równik niebieski… A tuż obok – mgławica Rozety.

Jedna z najpiękniejszych mgławic

na firmamencie północnym. A przecież całe życie

jesteśmy pod nimi: rozmawiamy,

jeździmy w dalsze lub bliższe podróże…

Nie wiedząc o gwiazdach nic. Albo prawie nic.

 

Niekiedy zastanawia nas mały,

ledwo widoczny obłok na zimowym niebie.

I wówczas nie wiemy: czy to może oddech

– bo taki dziś mróz – tego, który Tam jednak jest?

 

Ale szybko zamykamy się w czeluściach 

wilgotnych, naszych nietrwałych wnętrz. 

 

(1994)      

 

 

Zofia Gołub-Kowalska,

 

Słowo wstępne

wygłoszone podczas promocji książki pt.

Poezje wybrane Jana P. Grabowskiego

 

Przypadł mi dziś w udziale niewątpliwy zaszczyt przedstawienia Państwu poety – jak Go sama kiedyś nazwałam – „niezwykłego”, a także przygotowania Państwa do podróży przez pewien zaczarowany – chociaż wbrew pozorom znany Państwu – świat ukrywający się na kartach tomu Poezje wybrane.

Trudno jest mówić o twórcy – gdy ów znajduje się tuż obok. Jeszcze trudniej mówić o poezji w zwięzłych, prawie kronikarskich zdaniach, kiedy ma się do niej stosunek tak emocjonalny – jak ja!

Aby uporządkować natłok wrażeń – tytułem wstępu – parę informacji biograficznych dotyczących autora prezentowanego dzisiaj zbioru.

Jan P. Grabowski jest Gdańszczaninem. Gdańszczaninem z wyboru – bo urodził się w Malborku, ale na stałe zamieszkał w naszym mieście na początku 1982 r.

Na początku wspomniałam, że na Jego twórczość reaguję bardzo emocjonalnie, jestem po prostu nią zauroczona. Jak się okazuje – przemawia ona nie tylko do mnie – czego wyrazem mogą być liczne nagrody i wyróżnienia, jakie uzyskał autor za swą twórczość. Ponieważ dokładne ich wyliczenie zajęło by pewnie z połowę naszego wieczoru – ograniczę się do przypomnienia niektórych dokonań pisarza.

I tak, po debiucie prozatorskim w grudniu 1977 r. w tygodniku „Literatura” w Warszawie (było to opowiadanie pt. Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu albo dróg ryby w wodzie) już w marcu 1978 r. zadebiutował w Redakcji Literackiej Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia programem poetyckim Dotknięcie mroku. Jako, że nagradzanych w konkursach literackich opowiadań przybywało – konsekwencją był debiut książkowy, który nastąpił w roku 1979 – w postaci tomu prozy pt. Zabójstwo Ahuramazdy. Z kolei nagradzane na konkursach ogólnopolskich wiersze – wydane zostały w pierwszym tomie poetyckim – Dotknięcie mroku w roku 1981.

W kolejnych latach sukcesywnie ukazywały się następne wydania książkowe utworów Jana P. Grabowskiego – m. in. Żółta poczekalnia, Deszcz i płomień, Łaska widzenia, bibliofilskie wydanie Wierszy wybranych, Strefa nocy, antologia Nie odkładaj Panie słuchawki z nagrodzonym na II Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. ks. Jerzego Popiełuszki utworem pt. Po…, czyli opowiadanie metafizyczne.

W 1997 r. dzięki przede wszystkim zmarłej niedawno, byłej Prezydent Gdyni Pani Franciszce Cegielskiej została wydana szczególnie mi bliska książka pt. Kolor chryzoprazu. Zawierała ona wyróżnione i nagrodzone w licznych konkursach literackich wiersze. Te konkursy to m. in.: XII Ogólnopolski Konkurs Poetycki w Poznaniu, VIII Ogólnopolski Konkurs im. Józefa I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej, III Ogólnopolski Konkurs Poezji „Piękno Pogórza” w Tarnowie (autor zdobył w nim zresztą zwycięski „Laur Pogórza”), XXXVII Ogólnopolski Konkurs Poetycki w Łodzi, Ogólnopolski Konkurs Poetycki o Laur Liścia Akantu (w 1995 r. Jan P. Grabowski wygrał ten konkurs) i jeszcze wiele innych.

Kolor chryzoprazu stanowił ukoronowanie 20–lecia twórczości poetyckiej Jana P. Grabowskiego i z tej okazji autor uhonorowany został Nagrodą Prezydenta Miasta Gdańska, a sama książka otrzymała logo 1000–lecia od Komitetu Organizacyjnego Obchodów Tysiąclecia Miasta Gdańska.

Kolejne nagrodzone i wyróżnione w licznych konkursach utwory ukazały się w roku 1999 w tomie Światło popielate.

I tym sposobem dotarliśmy do książki, którą przedstawić chcemy Państwu dzisiaj: Poezje wybrane – ukazujące pełen wachlarz poezji tworzonej przez Pana Jana P. Grabowskiego w latach 1977–2000.

Pewnie zauważyliście Państwo, że zjada mnie trema, ale muszę nadmienić, że promocje poprzednich książek Pana Grabowskiego prowadziły takie znakomitości świata kulturalnego, jak: redaktor Hanna Maria Giza (poezje autora czytał wówczas aktor Teatru Ateneum w Warszawie, Jerzy Kamas), Regina Witkowska, czy dyrektor Teatru Miejskiego w Gdyni Krzysztof Wójcicki, a lista recenzentów jego twórczości jest doprawdy jeszcze bardziej imponująca.

Na początku swego wystąpienia wspomniałam, że nazwałam kiedyś Jana P. Grabowskiego „poetą niezwykłym”. Otóż posiada on według mnie niezwykłą wprost umiejętność uchwycenia tego, co wszyscy widzimy, ale większość z nas nie dostrzega! To tylko pozorna sprzeczność, co chciałabym wykazać np. na podstawie wiersza pt. Tamten wczesny krajobraz:

 

Przez dziurawe niebo parku

gorące promienie słońca

spadają snopami w cień

wzniecając dźwięczący kurz os

i błękitnych motyli.

 

Cień krąży: zielonogęsty,

otacza zakolem drzewa,

faluje miękką wonią,

zmienia się w jasny obłok

trafiony promieniem.

 

Często spacerujemy latem pod drzewami – właściwie pod zielonym baldachimem drzew – gdzie prześwitują spośród liści promienie słoneczne. Szukając ochłody przed skwarem przemieszczamy się wraz z przesuwającym się cieniem. Ilu z nas zauważy, że wpadające przez dziurawy, zielony dach (czy też niebo) promienie tworzą rozświetlony snop do złudzenia przypominający ten złożony i postawiony ze skrzętnie zebranych z pola zbóż? Ilu z nas ujrzy potrzebny, lecz wcale nie stateczny cień, który faluje, ożywa pod wpływem tchnienia wiatru i tańczy, krąży wokół pnia jak ubrana w miękką sukienkę tancerka…?

Dzięki poecie zauważymy nie tylko to, co do tej pory mijaliśmy bez uwagi, pomimo wpadającej w oko urody. Oto umie on każdej rzeczy i zjawisku nadać swoistą rangę wyjątkowości i piękna. Na przykład – listopad… Nam kojarzy się zazwyczaj z szarością, zimnem, smutkiem. A przecież – Listopad. Gdańsk. Ulica Długa:

 

Pięknie tu, bo pusto.

Tylko kilku przechodniów zakłóca

swoją przypadkową i zziębniętą obecnością

majestat południowej godziny.

 

Ziąb. Znad zatoki dmie wiatr północny

wlokąc ciężkie chmury. Z deszczem i śniegiem.

Wówczas nagle ciemność się staje i miasto znika 

w gęstej zadymce. Ale mrok szybko odpływa.

Przejaśnia się, a na ścianach pojawia… ukośny blask słońca.

( … )

Pięknie tu, lecz pusto. Smutek? Ogarnia?

Nic podobnego. Raczej… zastanowienie

nad umykającym czasem. I zdziwienie. I zachwyt

nad przemieniającą się tu świata postacią.

 

Ta zdolność zatrzymania ulotności chwili, uchwycenia plamy światła – nawet w szarości – to jedna z istotnych cech poezji Jana P. Grabowskiego. Słowa-obrazy oddają wielkość natury w jej nieskończenie wielobarwnym bogactwie. Operowanie paletą barw pozwala na oddanie tchnienia wiatru, zapachu ciszy, tajemnicy wszechświata. Prawie w każdym wierszu spotkacie Państwo kolor, często jest to świat na granicy światła i cienia, półtonów i odcieni, a również – oślepiający barwny błysk. Poznacie:

 

– pomarańczowo błyszczący horyzont,

– ametystowo ciemniejące powietrze,

– szkarłatniejący wszechświat liści,

– pełnię lata w złotym lub zielonym kolorze,

– krajobraz czerwieniejących buków,

– świetlne refleksy słońca na skrzydłach samolotów,

– niebo w szafirach i srebrach,

– nefrytowy kolor wody.

 

A czy pamiętacie Państwo jak w wierszu pt. Niewypowiedziane jest piękno jesieni:

 

Niewypowiedziane jest piękno jesieni

ukazującej prawdziwe oblicze świata. Obfitość

owoców u zarania: złotopurpurowych, pełnych światła

i delikatnego półcienia. Ciążących ku ziemi

– jak wszystko, co żyje – poprzez szkarłat obłoków,

liści, powietrza, przestrzeni…

 

Nam wszystko to nie raz trzeba pokazać. Autor Poezji wybranych zauważa to instynktownie! Zdolność „zauważania” jest u niego tak naturalna jak oddychanie, potrzeba snu, ranne wstawanie, jak – po prostu – życie. Talent ten odczuwa jak cud, który został mu dany – być może po to, by dzielić się z innymi, być może po to, by dostrzec to, co pozornie niewidzialne. Pisze zresztą o tym w pięknym wierszu pt. Łaska widzenia:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

( … )

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

 

To są „widzenia” poetyckie. Jan P. Grabowski oprócz „widzeń” przypomina nam także prawdę oczywistą, jak np. w wierszu pt. Nikt ci żadną kradzieżą:

 

Nikt ci żadną kradzieżą

nie odbierze tego,

co doznasz: co zobaczysz, co

weźmiesz w dłonie…

 

Większość z nas posiada pięć zmysłów, lecz tylko nieliczni – jak poeci, szóstym zmysłem – czują „dotyk nocy”, czują „obecność Niewidzialnego”, a małość człowieka wobec Tajemnicy stworzenia i bogactwo jego przeżyć porównują np. do obrazu „kolibra roztrzepotanego na tle nieba białego”. Czy odczuwacie Państwo? Majestat bieli, a na jej tle maleńki, lecz wielobarwny, ruchliwy koliber… Wielobarwny i ruchliwy – zupełnie jak rodzaj ludzki na tle Nieskończoności.

W jednej z recenzji prof. Jerzy Samp stwierdził, że (cytuję): „Nie jest to poezja łatwa w odbiorze. Lektura wierszy, których treść oscyluje od ważnych zagadnień natury egzystencjalnej ku metafizyce wymaga od odbiorcy nie tylko kultury literackiej, lecz także przygotowania intelektualnego”.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią pana profesora. Otóż bardzo często poezja Jana P. Grabowskiego zawiera treści, które bliskie są i zrozumiałe dla każdego człowieka, bez względu na jego literackie przygotowanie.

Mam dorastającego syna. Obserwując to jego dorastanie przeżywam – jak każdy rodzic – obawy i nadzieje, dumę i lęki. Szczególnie charakterystyczne teraz, w otaczającej nas często drapieżnej rzeczywistości. I oto czytam w wierszu pt. Slow-fox w chamois

 

Nie ma nic

wspanialszego,

kiedy obok ciebie przystaje

z dnia na dzień coraz bardziej dorosły.

( … )

Jeszcze jesteś dla niego alfą i omegą.

Ale już sam coraz częściej rozumie i wie,

na czym polega zdarzający się tylko ten jeden,

jedyny raz – niepowtarzalnie – czas dojrzewania.

 

Wszystkie liryki poświęcone bliskim, jakie znajdziecie Państwo w Poezjach wybranych przejmują wręcz prostotą, chociaż ubraną w pełne miłości i obaw słowa, a każdy z nas może w nich odnaleźć swoje dramaty, obawy i nadzieje. My, którzy nie jesteśmy poetami, nie potrafimy tak o nich mówić.

 

Zofia Gołub-Kowalska, słowo wstępne wygłoszone podczas promocji książki pt. Poezje wybrane Jana P. Grabowskiego.

(Dnia 24 listopada 2000 r., o godz. 1800 – piątek – w Sali Koncertowej Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis w Gdańsku. Oprawa muzyczna promocji: Kwartet Smyczkowy Cappelli Gedanensis. Wiersze recytowali: Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis z Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku).