DOM

1999_1-maja_Poznańska-11

1999 r. 1 maja. Ostatnie zdjęcie mojego rodzinnego domu, w takim kształcie jak wyżej.

Przy ul. Poznańskiej 11 w Malborku przemieszkałem 35 lat.

Czeczel-Hipolit_pierwszy-z-prawej

 Druga od prawej Weronika Cybulska, moja cioteczna Babka, ze strony Ojca.

Motto:

„Pociąg na południe

Który wiezie mnie wstecz

Ku temu, co kocham najbardziej

Ku mojej młodości

Ku mojej ziemi,

Którą wspominam już

Najczęściej w czasie przeszłym

Która tak zszarzała…

Ku tej miłości

Która może się rozwiała

Muszę ją sobie przypomnieć

Żeby odświeżyć złudzenia

Wbrew wskazówkom zegara

Wciąż się oddalam

Od spraw dnia dzisiejszego…”

Wspomnienie

Małgorzata Walewska – mezzosopran

KWARTET MALBORSKI

Epizod czwarty pt.

ŚWIAT,

KTÓREMU NIE MA KTO SIĘ PRZYGLĄDAĆ,

PRZESTAJE ISTNIEĆ

(Czyli powiastka w kolorze sepii)

Gdybyż te wszystkie drzewa, ptaki na nich i wśród nich, gdybyż te wiatry nadciągające z nieodległego lasu i gdybyż to niebo ponad ogrodami, ponad sadami tak niekiedy bliskie, że wszędzie obecne, gdybyż to wszystko mogło przemówić, ileż wówczas można by usłyszeć, o iluż zdarzeniach można by się dowiedzieć, ileż dostrzec rzeczy i zjawisk na pozór, i na co dzień, niedostrzegalnych?

A może usłyszawszy te wszystkie opowieści i wiedząc o tych niezauważalnych zdarzeniach nareszcie bliżsi byśmy byli Tajemnicy? Można, zatem przeżyć całe życie nie zdając sobie w ogóle sprawy z obecności… drzew i z tego, co mogą opowiedzieć? Można, więc nie dostrzegać nieba ponad drzewami i tego, co na nim bezustannie się zdarza?

Kajetan patrzy na ogród, na przestrzeń przed sobą pełną południowej ciszy i spokoju. Wszystko w tej ciszy i spokoju ma swój porządek, ład i harmonię. Nic nie dzieje się przypadkowo a krzątanina wróbli pod dachówkami, gwizd szpaków, nagła obecność os i szerszeni tylko podkreślają tę ciszę i spokój.

To jest tak, jakby przeglądać jeszcze nie przeczytaną książkę, czuć zapach jej farby drukarskiej albo słuchać Kanonu D-dur Johanna Pachelbela. Kajetan patrząc na ogród, słuchając południa pomyślał, że tak właśnie jest: że tylko nie przeczytana książka albo Kanon D–dur Pachelbela mogą przybliżyć To, co dzieje się w ogrodzie, poza i ponad nim.

Kajetan nie mógł jednak uwolnić się od przekonania, że nigdy nie dowie się, co mogą mu opowiedzieć drzewa, cisza ogrodu, a nade wszystko cały, nieskończony przestwór południa niedostrzegalnie przekształcający się w popołudnie, a zaraz potem zmierzch, wreszcie – noc.

A gdyby dowiedział się, czy byłby inny, niż jest? Czy byłby bliższy Tajemnicy? A może o wiele ważniejsze jest oczekiwanie i nasłuchiwanie tej przestrzeni wokół? A może ważniejsze jest to wzajemne, na pozór niezauważalne oddziaływanie i przenikanie? Lecz ileż sam obserwując, słysząc, dotykając i odczuwając zyskiwał lub mógł otrzymać. Zapewne znacznie więcej, niż mógł sobie uświadomić. A więc na tym polega istnienie, życie we wszechogarniającym, widzialnym i niewidzialnym świecie. Lecz ileż dla nas – ludzi – istnieje tej Widzialności? Zaledwie… od 380 do 780 nanometrów promieniowania elektromagnetycznego. Zatem więcej jest wokół nas Niewidzialności, z której istnienia nawet nie zdajemy sobie sprawy. Bo jest ciągle wśród nas, tuż obok, między nami, wszechobecna.

A my? Cóż – my – możemy? Potrafimy, niekiedy, jedynie ją przeczuć. Bo wiemy, że przecież jest? Bo tylko wyobraźnia pozwala nam dotrzeć w dotąd niepoznawalne regiony widzialnego i niewidocznego świata? A może także wyobraźnia pozwoli ocalić od zapomnienia To wszystko, co stało się kiedyś lub „tylko” mogło się wydarzyć?

Jeszcze nie tak dawno na tej samej ławce niedzielnymi popołudniami siadywali jego rodzice. Niebawem także pojawiał się któryś z sąsiadów. Zawsze wtedy rozmowy przybierały niespodziewany obrót, kiedy pojawiała się Ciotka Anna.

Przychodziła z nieodległego domku, niemal bliźniaczo podobnego do tego, w jakim od wielu lat żyli rodzice Kajetana i prawie takiego samego, w jakim mieszkali niemal wszyscy pozostali sąsiedzi, a jednak było to przybywanie na pewno jeśli nie z innego świata, to na pewno z innej przestrzeni. Nie oznacza to, że domek Ciotki i całe jego obejście czymkolwiek różniły się od niemal takich samych domów przy tej samej ulicy. Na pewno w sadku Ciotki było więcej drzew wiśni, a na nich, kiedy tylko owoce zaczęły czerwienieć, pojawiało się znacznie więcej, niż gdzie indziej, szpaków. Na pewno w ogródku Anny było więcej kwiatów, o których zdarzało się jej zapominać, a one jakby wyczuwając, że pozostawia je, niedoglądane całymi tygodniami, samym sobie, rozsiewały się i rozrastały po całej wolnej przestrzeni, przerastały płoty. Zatrzymywał je dopiero żwir ulicy albo inwazja kwiatów z innych ogrodów.

Nie oznaczało to również, że w domu Ciotki działy się rzeczy nadzwyczajne. Prowadziła życie jak niemal wszystkie pozostałe kobiety zamieszkujące osiedle między torami, z których jeden, ten bliższy, prowadził „na Warszawę”, a ten dalszy „na Toruń”, Łódź i dalej, jeszcze dalej, na południe. Ciotka zajmowała się domem, trojgiem dzieci i ogrodem, ale taka była codzienność, na którą prawie nigdy nikt nie zwraca żadnej uwagi. Któż, bowiem zauważa następowanie jednego dnia po drugim, albo że po dniu przychodzi noc? Któż się dziwi temu, że po wiośnie następuje lato, które niepostrzeżenie przemienia się w jesień?

Ciotka żyła przeszłością, tak samo zresztą jak i niemal wszyscy pozostali mieszkańcy osiedla między torami, ale wcale to nie była przeszłość osoby starej, zgorzkniałej, która wspomina całe swoje życie doszukując się w nim jedynie chwil światlejszych i niezapomnianych. Być może zgorzkniała przeszłość jest tylko dla wielu innych ludzi? Zapewne i wiele osób z osiedla między torami nie miało co wspominać albo o przeszłości jakiej doświadczyli chcieli zapomnieć nie wiedząc co ich czeka nazajutrz, a także i o tym, że cokolwiek by się zdarzyło, na cokolwiek by nie oczekiwali, to i tak zawsze przekształci się w Wieczność.

A pozostaje tylko to, co zastali: ogrody, rozświetlona widzialna i niewidoczna przestrzeń, nieogarniony przestwór powietrza, a ponad tym wszystkim niebo ze swoją nieodgadnioną Tajemnicą, do której tylko niektórym z nich uda się przybliżyć w nagłej chwili zastanowienia albo uniesienia, kiedy już być może doświadczą ile utracili, a ile mogli zyskać przez te swoje kilkadziesiąt lat życia.

Ciotka mogła godzinami opowiadać o Kresach Wschodnich, a więc o czasie jej młodości, chociaż kiedy przyjechała na Ziemie Odzyskane wcale jeszcze nie była stara. Ciotka zresztą nigdy nie była stara: nie tylko wtedy, gdy – wyraźnie odzyskując młodość – opowiadała o Kresach, ale i wówczas kiedy umarła dobiegając osiemdziesiątki. Wprawdzie zdarzało się jej, często dla niej samej nieoczekiwanie, zabrnąć w niemal nieprawdopodobne regiony wspomnień, ale wtedy wystarczyło ¬– niby przypadkowym pytaniem – przywołać ją do zaczętego wątku. „Ty, Hania  nigdy nie powiesz prawdy albo co drugie zdanie skłamiesz” – zawsze powtarzał jej brat, ojciec Kajetana, ale Ciotka nigdy na takie, i tym podobne, uwagi nie zwracała żadnej uwagi.

Nie wiadomo także ile było prawdy w tej opowieści o Weronice, ciotecznej babce Kajetana, czyli ciotce… Ciotki Anny. Weronika, bowiem, gdy umarła, miała zaledwie dziewiętnaście lat. Na rodzinnej fotografii, którą przez wiele lat przechowywała Anna, Weronika jeszcze nic nie wie o swojej przyszłości. Zdjęcie zostało zrobione na początku XX wieku, w Kijowie, co Ciotka zawsze podkreślała, jakby to miało dla niej szczególne znaczenie. Spośród różnych opowieści ta właśnie o Weronice wydawała się Kajetanowi najbardziej prawdopodobna może dlatego, że jej autentyzm potwierdzała prawie stuletnia fotografia, a może i dlatego, że los dziewiętnastoletniej, ciotecznej babki, która nie chciała poślubić wyswatanego dla niej, o wiele starszego bogacza, wydał mu się nadspodziewanie bliski.

Weronikę obudziła niespodziewana krzątanina nie tylko w domu, ale również na zewnątrz, w całym obejściu leśniczówki. Zazwyczaj Ambroży sam odśnieżał obszar tylko przed drzwiami wejściowymi. Tym razem jednak w pracy ktoś mu jeszcze pomagał, tak jakby należało przygotować więcej miejsca na czyjś przyjazd. Weronikę zastanowiło jeszcze jedno: w jej pokoju było już ciepło. Zawsze, wczesnym przedpołudniem, kiedy się budziła w pokoju trwało przeraźliwe zimno. Nie wiadomo też która była pora, bo chociaż okna jej pokoju wychodziły na południe, to zawsze trwał w nim półmrok. To pobliskie sosny, których gałęzi mogła niemal dotknąć nie dopuszczały słonecznego światła. Niekiedy jednak, a zdarzało się to zwłaszcza wczesnym latem, cały las przenikały na wskroś zielone promienie zachodu. Wówczas także i jej pokój wypełniało gęste, niemal dotykalne, zielonawe, lecz ciepłe światło, które nie znikało nawet w nocy.

Mogło, więc być już nawet południe. Dlaczego jednak w piecu napalono już o tak wczesnej porze? Chciała wstać, sprawdzić, podejść do pieca, którego jedno z kaflowych lic znajdowało się w jej pokoju, gdy wzrok jej padł na fotografię zaledwie kilka dni wcześniej zrobioną w Kijowie.

To „papa” Hipolit proponuje, aby zaszli do fotografa i zrobili całą rodziną zdjęcie. Weronika, zatem stoi tuż przy nim wspierając łokieć na jego ramieniu. Obok „papy” siedzi jego zięć wraz z żoną. A za nimi stoją jeszcze trzy córki zięcia z pierwszego małżeństwa. Siostra „papy”, stara panna, nie dała się długo namawiać i wyszła za mąż, za majętnego wdowca, mimo iż miał trzy córki. Hipolit Czeczel, leśniczy, nie był ojcem Weroniki, lecz jedynie jej wujem. Ze swoją żoną Teofilą nie miał dzieci, więc wziął na wychowanie córki Albertyny, siostry żony, właśnie Weronikę, a potem Zofię, która wyszła za mąż za ojca Ciotki Anny.

Od pierwszego dnia, gdy tylko Weronika znalazła się w leśniczówce, wuj zażądał, aby mówiła do niego „papo” i tak to już zostało przyjęte. Traktował ją zresztą od samego początku  jak córkę i spełniał niemal wszystkie życzenia i zachcianki. Nawet i to, że kupili jedwabną suknię w kolorze amarantowym, chociaż siostra „papy” upierała się, że bardziej stosowna dla niej jako brunetki o jasnej karnacji skóry, będzie z aksamitu i w kolorze szmaragdowym. Nawet i to, aby zaszli w Kijowie do „kinematografu”, gdzie można było zobaczyć ożywione fotografie. Weronika wtedy po raz pierwszy w życiu doznała przekonania, że oprócz świata leśniczówki, oprócz Ołyki, do której latem jeździła na mszę, oprócz nawet Kijowa, który ją oszołomił cerkwiami, pięknymi strojami kobiet i nieznanymi dotąd woniami, znajduje się jeszcze inny, wspaniały świat ożywiany jedynie w „kinematografie”.

Kajetan słuchał opowieści Anny i nie wiedział: czy tak mogło być naprawdę, czy też Ciotka to wspomnienie o Weronice wydobywała z otchłani przeszłości, a może tylko z głębin pamięci? A może wszystko było zupełnie inaczej, bo czyż można odtworzyć przeszłość? Ale czyż nie przeszłością lub pamięcią o niej jest całe nasze życie? A natura, przyroda, cała przestrzeń, czyż nie są uzupełnieniem, dopełnieniem zdarzeń, które przypomniane rozgrywają nie tylko wtedy, w przeszłości, ale i teraz? Kajetan rozgląda się po dookolnym, niemal dotykalnym przestworze ogrodu. Słyszy słowa Ciotki, a z wolna przekształcające się we wczesny zmierzch popołudnie stwarza tamten czas, tamto, w leśniczówce Hipolita Czeczela, zdarzenie.

Weronika nie domyślała się, co może ją spotkać w najbliższej przyszłości. Wiedziała za to, co będzie robić nazajutrz. Niekiedy jednak przeczuwała, że jej sytuacja u wujostwa jest tymczasowa. Zdarzyło się to wówczas, gdy któregoś dnia przyjechała w odwiedziny jej matka, Albertyna. Weronika wracała wtedy akurat z „papą” Hipolitem z Ołyki i dostrzegła już z daleka rozmawiające na werandzie siostry. Od razu ogarnęło ją przeświadczenie, że rozmawiały o jej przyszłości. Nigdy także dotąd matka nie przywitała się z nią aż z taką wylewnością, a i ciotka Teofila wyjątkowo gorąco przygarnęła ją do siebie. Weronika uspokoiła się jednak dopiero w chwilę potem, gdy „papa” Hipolit nazwał zachowanie sióstr „nadmierną, rodzinną egzaltacją”, którą pobudziło leśne, pełne jesiennych woni powietrze, a jeszcze bardziej wino z dzikich malin.

Z zapatrzenia w fotografię, z zamyślenia Weronikę obudził dopiero cichy dźwięk zegara wygrywający kilka taktów adagio z koncertu G-dur G. Ph. Telemanna. Mijała właśnie jedenasta. Najwyższy, więc był czas aby wstać, pokazać się, pójść na śniadanie. Nie budzono jej, nie zachodzono do jej pokoju wiedząc, że zawsze po przebudzeniu czyta książkę. Lubiła przeglądać, nawet czytać, książki „papy”, który starał się zawsze przywozić jakąś lekturę z każdego swojego wyjazdu. Tego przedpołudnia nie zainteresowała jej mimo to żadna z dwóch powieści Weyssenhoffa, ani książka o gospodarce leśnej napisana zajmującym stylem, ani nawet poradnik dla panien w jej wieku. Za drzwiami, bowiem i w całym zresztą obejściu leśniczówki było zbyt głośno. Dochodziły stamtąd podniesione głosy, co mogło oznaczać, że ten dzień miał być zupełnie inny, od dni powszednich, gdyż na co dzień w leśniczówce trwały zazwyczaj cisza i spokój podkreślane w dodatku ledwo uchwytnym dźwiękiem dobiegającym z gąszczy sosen, a przypominającym brzmienie aerofonu: niekiedy fletu, to znowu oboju. Niekiedy ten dźwięk nasilał się i unosił ponad innymi odgłosami lasu. Inny jednak był przy południowym, a zupełnie inny podczas zachodniego wiatru. Zawsze taki dźwięk przynosił również inną woń, po której można było rozpoznać: co przyniesie następny dzień? Można także było przewidzieć zmianę pogody, a nawet domyślić się zachowania domowników. – „Czujecie Czarne? Tak pachnie… Czarne” – mówił leśniczy, gdy wiatr pojawiał się z południa, a wszyscy domyślali się, że mówi o Morzu Czarnym, chociaż nikt oprócz niego tego morza nie widział. Kiedy wiało z południowego zachodu leśniczy wspominał o Karpatach, chociaż mieszkańcom lasu trudno było sobie wyobrazić nagie i pozbawione drzew szczyty odległych i nigdy nie widzianych gór. Nie odzywał się, kiedy wiało z północy, a wyraźnie pogrążał się w zły nastrój, gdy pojawiał się, wprawdzie bardzo rzadko, wschodni wiatr. Wtedy zamykał się w swojej bibliotece, pił nalewkę z leśnych ziół i nieustannie palił ulubione przez niego tureckie papierosy ze srebrnym munsztukiem.

Przyjezdnych, którzy od czasu do czasu pojawiali się w leśniczówce Hipolita Czeczela ta cisza usypiała, innych znowu upojonych jakby nadmiarem powietrza i woni ożywiała tak, że stawali się nad miarę rozmowni. Tak też było również i w tej chwili: słychać było spokojny głos „papy”, który wiódł jednak coraz głośniejszą rozmowę z kimś wyraźnie ożywionym. Weronice trudno jednak było rozpoznać o czym rozmawiali. Wprawdzie docierały do niej pojedyncze wyrazy, niekiedy nawet urywki zdań, ale całą rozmowę co chwila przerywały śmiechy tak jakby przyjezdny z wujem żartował. Słychać także było głos krzątającej się ciotki Teofili przygotowującej stół do obiadu. Kim mógł być ów nieznajomy? Wprawdzie „papa” często zwracał się do niego swoim łagodnym, ciemnym, głosem „panie Władku”, a ten mu odpowiadał „panie leśniczy”, ale z brzmienia głosu gościa Weronika niewiele mogła wywnioskować ponad to, że jest mężczyzną niemłodym, może nawet starszym od „papy” Hipolita?, że wysławia się swobodnie, może więc pochodził z miasta, może nawet przyjechał aż z Łucka albo Równego? Gdyby przyjechał w służbowych sprawach zapewne leśniczy zaprosiłby go do „biblioteki”, jak nazywał swój obszerny pokój na piętrze spełniający rolę zarazem gabinetu, sypialni, jak i właśnie biblioteki, bo tylko tutaj całą jedną ścianę, a nawet miejsce przeznaczone na garderobę zajmowały książki. Wizyta, zatem jak domyślała się Weronika, nie mogła być służbowa. A może, gdy spała, mężczyźni wczesnym przedpołudniem omówili najważniejsze sprawy, a teraz pozostał tylko obiad? Dlaczego jednak przygotowywano się do niego aż tak wystawnie, że ciotka Teofila musiała poprosić o pomoc, oprócz Anielki, stałej domownicy pomagającej w prowadzeniu domu, jeszcze Cyrylę, żonę gajowego?

Jej zamyślenie przerywa niesłyszalne uchylenie drzwi, w których pojawia się Aniela. Weronika nie dostrzega jej, gdyż w tej właśnie chwili jest odwrócona do ściany. Wsparta na łokciu przegląda stary program „kinematografu” w Równem. Znalazł się on w książce „papy” jako zakładka. Wraz z uchyleniem drzwi dociera do Weroniki rozmowa z jadalni i woń przygotowywanych na obiad dań.

– Pani leśniczyna prosi abyś włożyła swoją czerwoną suknię i przyszła na obiad. – Widać, że Aniela czuje się w leśniczówce swobodnie. Jest zaprzyjaźniona z Weroniką, chociaż pochodzi z  pobliskiej wsi. Zawsze stamtąd Hipolit Czeczel zatrudniał z Maczułek którąś z chętnych dziewcząt do pomocy w prowadzeniu domu.

– To nie jest, Anielciu, suknia czerwona, tylko amarantowa – odpowiada jej Weronika. – A poza tym nie chce mi się jej wkładać. Trzeba by ją przedtem uprasować…

– Już z panią leśniczyną uprasowałyśmy – mówi Aniela. – Chociaż trudno było. Pani leśniczyna mówi, że prawdziwy jedwab źle się prasuje.

– Tyle razy już cię, Anielciu, prosiłam abyś nie mówiła „pani leśniczyna”. Wystarczy „pani Teosiu”. Lepiej powiedz dla kogo mam włożyć tę sukienkę?

– To nie wiesz? Pani leśni… to jest twoja wujenka ci nie mówiła? Dla Pana Władka masz włożyć tę suknię. Bo pan Władek przyjechał dla ciebie aż z Łucka. To bardzo elegancki pan.

– A nie wiesz po co on tu przyjechał?  – zapytała, nie kryjąc niepokoju, Weronika.

– To ty powinnaś wiedzieć. Ten obiad… taki wystawny, i w dzień powszedni, na pewno też nie dla mnie.

– Więc dla kogo? Dla kogo? Ty coś wiesz. – Weronika próbuje czegokolwiek dowiedzieć się od Anieli, lecz ta, nie zamykając za sobą drzwi, wybiega z pokoju. Weronika próbuje ją zatrzymać, usiłuje, nachylając się z łóżka, chwycić za fartuch, lecz Aniela uprzedza jej gest, szybko przebiega pokój, po czym wpada do korytarzyka, następnie komory, jak nazywano podręczną spiżarnię, skąd prowadzą drzwi do piwnicy i znika w jadalni. Nie domyka za sobą drzwi. Weronika zrywa się z łóżka i podbiega na palcach do uchylonych drzwi jadalni.

Przy stole siedzi „papa”. Naprzeciw niego, tyłem do Weroniki – jego żona Teofila, a obok niej pan Władysław. Hipolit pali jak zawsze swój turecki papieros ze srebrnym munsztukiem. Pali również Władysław. Ze sposobu w jaki siedzi Weronika domyśla się, że jest wysokim mężczyzną. Jest jeszcze niestary, nie ma, jak „papa”, siwych włosów, lecz jedynie lekki szron posrebrzył jego skronie, gdy rozmawiając z Teofilą nieznacznie odwraca głowę. Musi być także i niemłody, bo w jego ruchach Weronika dostrzega pewną ociężałość. A może jest to tylko przejaw elegancji, jaką – takim zachowaniem, nie tylko starannym ubiorem – stara się podkreślać przybysz?

– Ależ, panie Władysławie, nie powinno to być żadną przeszkodą. Niepotrzebnie znowu ma pan skrupuły. Rozmawialiśmy już o tym tyle razy. Jak pan wie nasza wychowanica niedawno ukończyła dziewiętnaście lat. A pan, z tego co wiem ma, zdaje się…

– Dokładnie pięćdziesiąt cztery.

– No właśnie. Jest, więc pan mężczyzną statecznym. I co bardzo ważne w dzisiejszych, bardzo niepewnych czasach, majętnym. Cieszymy się, że będzie mógł pan zapewnić przyszłość naszej Weronice. Jest pan, z tego co wiem, jeszcze kawalerem. To znacznie upraszcza sprawę. Nie powinno być więc żadnych przeszkód. Myślimy, że Weronika także będzie panu przychylna.

– No właśnie, a gdzie ona jest. Co, jeszcze śpi? – zwraca się z tym pytaniem do żony.

– Anielciu! Miałaś zawołać Weronikę!

– Tak, zaraz przyjdzie. Musi tylko włożyć tę czerwoną… tę amarantową sukienkę – Aniela poprawia się i spogląda w nie domknięte drzwi tak, jakby domyślała się za nimi obecności Weroniki.

– Boże mój, Boże mój! Co to wszystko ma znaczyć? – Weronika czuje szybkie, coraz szybsze uderzenia serca. Nagle zrobiło się jej duszno. Nie wiedziała: czy to dym z papierosów jest przyczyną tej nagłej duszności, czy może zapachy z kuchni, a może to, że za bardzo napalono w piecu, a może i woń ziół, którymi obwieszono całą komorę? – A więc wszystko jest już uzgodnione, ustalone? A więc po to był ten wyjazd do Kijowa i zakup tej drogiej, jedwabnej sukni? – Weronika opiera się o ścianę komory z trudem łapiąc oddech. Nagle pragnie znaleźć się na zewnątrz, odetchnąć świeżym, przesyconym zapachem śniegu, ciemności i sosen powietrzem. Chciałaby przejść przez jadalnię, lecz jest to w takiej sytuacji niemożliwe. Pomyślała o jeszcze jednym wyjściu w swoim pokoju, z drugiej strony pieca. Natychmiast tam wbiega i próbuje otworzyć drzwi. Są jednak zamknięte. Odnajduje, więc klucz i otwiera je. Zamiast przejścia napotyka jednak „plecy” ciężkiej szafy. Przypomina sobie, że to Teofila kazała ją tam postawić, aby nie było w domu przeciągów, gdy na przestrzał pootwierane są, zwłaszcza latem, wszystkie drzwi, a niekiedy i okna. W tej samej chwili pomyślała o oknach. Ambroży zapewne je odśnieżył i, całe szczęście, nie zamknął jeszcze przed nocą okiennic. Chwyta za żelazną klamkę. Pierwsze okiennice, do wnętrza pokoju, ustępują nie bez trudu ostatni raz zamknięte jeszcze jesienią. Drugie, zewnętrzne, wmarznięte nie chcą jednak się otworzyć. Nagle zdobywa się na cały wysiłek, na jaki ją stać. W końcu i te okiennice cicho, niemal bezszelestnie, ustępują. Weronika wyskakuje przez okno wprost w wysoki śnieg. Nie czuje ani mrozu, ani nie pamięta czy cokolwiek włożyła na stopy. Natychmiast las otacza ją ze wszystkich stron. Zamierza dobiec do najbliższej gajówki. Słyszy za sobą oddech psa leśniczego. Reks od razu ją zwietrzył.

– I co było dalej? – pyta Kajetan, gdy Ciotka Anna – jak w niemal każdej opowieści o niespełnionych uczuciach, tuż przed jej zakończeniem – zawiesza głos i na kilka chwil milknie.

Ta chwila przerwy w ciotczynym opowiadaniu wystarczy jednak na to, by wczesny zmierzch, który niepostrzeżenie pojawił się w ogrodzie, przypomniał swoją prawie dotykalną obecność w nieprzebranych woniach. Tak mogło pachnieć tylko odchodzące lato.

– A co miało być? – Ciotka postanowiła powrócić do swojej opowieści. – Weronika pobiegła do lasu. Chciała dotrzeć do gajówki, ale zatrzymał ją las, mróz i wysoki śnieg. Teofila tym razem nie posłała po nią Anielę. Sama poszła do jej pokoju. Zauważyła otwarte okno i wszystkiego się domyśliła. Gdyby nie pies, nieszybko by ją znaleźli. Weronika zachorowała na zapalenie płuc i, w dwa tygodnie potem, umarła.

– A bo to wszystko prawda? – niespodziewanie odezwał się ojciec Kajetana dotąd w milczeniu przysłuchujący się opowieści swojej siostry. Nie po raz pierwszy słyszał opowieść Anny o tym zdarzeniu i nie po raz ostatni nie wierzył w jej słowa. Był od niej młodszy o dziesięć lat, więc i to zdarzenie na pewno nieco inaczej, niż siostra, zapamiętał.

– No, na mnie już pora – mówi swoim zwyczajem Ciotka, zawsze, gdy zamierza wrócić do domu. Ale zanim to nastąpi mija kilka długich chwil, tak jakby nigdzie nie spieszyła się, nie czekała na nią rodzina. W końcu Ciotka wstaje, następuje długie pożegnanie z bratem, tak jakby nie mieli zobaczyć się nazajutrz lub za kilka dni, lecz w kilka lat potem. Brat odprowadza ją do furtki, po czym Ciotka znika w zmierzchu. Nie chce by ją ktokolwiek odprowadzał. Mieszka przecież kilka domów dalej, przy tej samej ulicy, a światełka z jej okien widać już z daleka.

Ta opowieść Ciotki Anny o Weronice mogła być od początku do końca prawdziwa. Mogło też być w niej niewiele prawdy. Na pewno prawdziwych było tylko kilka faktów, autentyczna także była prawie stuletnia fotografia w kolorze sepii. Zapewne także w inny dzień, o innej porze roku i dnia historia Weroniki byłaby opowiedziana inaczej.

Kajetan nie po raz pierwszy uświadomił sobie, że nawet gdyby całymi godzinami, latami, a nawet przez całe życie przesiedział pod drzewami lub przebywał w ogrodzie pod wieczną obecnością nieba, to niewiele z tego zdarzenia mogłoby wyniknąć. Mógłby także wsłuchać się w szelest drzew, pośród których przebywała Ciotka, mógłby wsłuchiwać się w szepty i odgłosy całej dookolnej przestrzeni aby próbować dowiedzieć się: dlaczego to wszystko tak trwa? I dlaczego całe jego życie zdarzyło się tylko w taki, a nie inny sposób? I co, lub Kto, na taki przebieg zdarzeń ma wpływ? On sam? Bo może sobie jedynie tę swoją przemijalność uświadomić i nieustannie ponawiać próby dotarcia do Tajemnicy. A każdy dzień, każde zdarzenie, nawet ta opowieść o Weronice potwierdza: że coraz większy jest obszar, który już przemienił się w Wieczność i że niewiele jest czasu, który mu jeszcze pozostał.