ZAPISEK O TYM JAK TO „DAWNIEJ” Z NAUKĄ JĘZYKOW OBCYCH, NA POLONISTYCE UMK BYWAŁO

Motto:

 

„W swej najistotniejszej głębi człowiek zawsze jest samotny;

czasami ta samotność jest najgłębszą radością,

wtedy kiedy dusza obcuje z Bogiem

i kiedy świat cały po prostu odpada,

ale kiedy przychodzą okresy,

że pragnie się łączności z kimś bliskim,

samotność ta staje się wielkim cierpieniem”.

 

Anna Iwaszkiewicz (1897-1979)

 

 

 

Zaiste, znakomity pisarz z Olszyna autor m.in. Światła i lęku. Opowiadań starej daty przysłał mi – w nawiązaniu do mojego zapisku o Profesorze Arturze Hutnikiewiczu – opowiadanie pt. Dmuchawiec, w którym przedstawia swoje czasy studenckie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu (dalej UMK) z Januszem Kryszakiem w roli głównej. Kurde balans – albo sacré bleu – można by powiedzieć w takiej sytuacji. Obrać sobie tak w sumie negatywną postać za bohatera opowiadania? K. jednak czyni to po mistrzowsku. Zrobił majstersztyk snując opowieść o sobie, o czasach studenckich na polonistyce UMK, wreszcie o Kryszaku. Gdzieś tylko napomyka o Starym Profesorze, czyli Arturze Hutnikiewiczu.

Tym Dmuchawcem K. dał mi jednak zaczyn do jeszcze jednego (może sentymentalnego?) powrotu do mojego studiowania polonistyki na UMK. Będzie także i o… dmuchawcu.

Polonistyka za moich studenckich czasów na UMK to nade wszystko: nauka o współczesnym języku polskim; zagadnienia poprawności i kultury języka; gramatyka historyczna języka polskiego; poetyka; teoria literatury; analiza utworów literackich, literatura Staropolska, literatura Romantyzmu; literatura Pozytywizmu; literatura Młodej Polski; literatura Dwudziestolecia Międzywojennego, a także… logika itd.

(Były także przedmioty zupełnie niepotrzebne, wręcz… durne, powiedziałbym z dzisiejszego punktu widzenia, jak: podstawy nauk politycznych, przez dwa(!) lata; ekonomia polityczna, na drugim roku; marksistowska filozofia i socjologia, przez dwa(!) lata; lektorat z nauk politycznych, na czwartym roku).

Mieliśmy także cztery języki obce: staro-cerkiewno-słowiański, rosyjski, angielski i łaciński. (Do tego dochodziły jeszcze: literatura grecka oraz literatura niemiecka, tak że trzeba było nauczyć się, by prawidłowo wymawiać, alfabet grecki i niemiecki).

Język staro-cerkiewno-słowiański? Piękna sprawa. Po zaledwie jednym semestrze nauki, na drugim roku, zdawało się u… Szarego Docenta.

(Dlaczego Szary Docent? Po pierwsze nie chciałbym – w tym przypadku, używać nazwiska. Po drugie jeśli K. nazywa Profesora Hutnikiewicza Starym Profesorem, to ja owego docenta będę nazywał Szarym Docentem. Po trzecie ów docent rzeczywiście był jakiś taki… szary. Bo chociaż w 1970 r. miał zaledwie czterdzieści dwa lata, to nie wyglądał wcale na młodego człowieka: przerzedzone włosy, mocny, chociaż starannie golony, zarost na twarzy, szare garnitury, dziwacznie zawiązany krawat itd.

W porównaniu z Szarym Docentem niezwykle barwą postacią był wówczas pewien doktor, u którego zdawało się już po pierwszym semestrze wprowadzenie do nauki o literaturze. Otóż ów doktor po uściśnięciu ręki każdego studenta/studentki na zakończenie egzaminu, brał mydelniczkę z mydłem, ręczniczek, przewieszał go, jak kelner na przedramieniu, po czym defilował przez długi korytarz Collegium Maius do toalety).

Egzamin z scs u Szarego Docenta polegał na przeczytaniu tekstu, przetłumaczeniu go, po czym pytający stawiał przed zdającym jakąś językową zagwozdkę. I ja taką otrzymałem. W odmianie rzeczownika przejęzyczyłem się i nie tak wyartykułowałem jakiś jer, zresztą już dokładnie nie pamiętam co to było. Szary Docent stwierdził, że – „nic pan nie umie”. Zaprotestowałem, bo przecież tekst przeczytałem i przetłumaczyłem bez zarzutu. W odmianie tylko się przejęzyczyłem, a nie pomyliłem. Szary Docent, o którym krążyła fama, że „zdrowo pyta i nie odpuszcza” nie odpuścił. Odesłał mnie z bardzo niegrzecznym… „niech się pan nauczy i wtedy do mnie przyjdzie”. Kiedy po kilku tygodniach przyszedłem, nic nie mówiąc wyciągnął rękę po indeks, po czym drobnym maczkiem wpisał mi, nie egzaminując, trójczynę z komentarzem „slawisty to z pana nie będzie”.

Bardzo często potem, mieszkając w Gdańsku na Przymorzu, Szarego Docenta spotykałem. Szedł na zajęcia na Uniwersytet Gdański, już zapewne otrzymawszy belwederską profesurę. Zdarzało się nawet, że dzień w dzień. Bo mieszkał w tym samym falowcu. Pamiętam za to dokładnie nasze pierwsze spotkanie: szedł naprzeciw jakby lekko pochylony, niby lekko utykając w swoim szarozielonkawym garniturze. Zobaczywszy mnie, poznał, ale ja… minąłem go bez słowa. Nie ukłoniłem mu się ani wtedy, ani nigdy potem.

Język rosyjski? Tak: wiem, wiem teraz Rosja i w ogóle ten język są co najmniej… passé,

A z tym dmuchawcem rzecz dotyczy właśnie języka rosyjskiego.

Zacznę jednak od trochę, może przydługiego wstępu, z czego ponoć „słynę”. Języka rosyjskiego uczyłem się w sumie dziewięć(!) lat. Po co!? (No ba! bo teraz modny jest… ponglish, czyli spolszczony angielski, albo odwrotnie).

Już w piątej klasie szkoły podstawowej zraziłem się do tego języka na wieki wieków. Przyszedł do naszej szkoły nowy nauczyciel, nazywał się Karol Mesyszn. Dzięki jego energii szkoła rozkwitła. Prowadził lekcje z geografii, wychowania fizycznego oraz języka rosyjskiego. Nigdy nie zapomnę jak ryknął na mnie, i wyrzucił z klasy za drzwi (byłem wtedy najlepszym uczniem w szkole) za to, że zamiast akcentować самолёт (samolot) na ostatnią sylabę, przeczytałem z akcentem na przedostatnią. Na koniec roku dał z rosyjskiego trójkę. Była to jedyna trójka, jaką otrzymałem podczas siedmiu lat uczęszczania do szkoły podstawowej.

(A niezależnie od powyższego incydentu Karol Mesyszyn wspaniale rozwinął naszą szkołę pod względem sportowym. Drużyna naszych szczypiornistów brylowała w zawodach międzyszkolnych, a ze mnie zrobił lekkoatletę. To jest jednak temat na inne opowiadanie. Być może do tego tematu kiedyś wrócę).

W liceum męczono nas tym rosyjskim, ale rezultat był taki, że zacząłem czytać w oryginale Czechowa, Turgieniewa, Gogola, Bunina…

Na polonistyce język rosyjski był obowiązkowy przez pierwsze dwa lata. Mieliśmy go zawsze w poniedziałek, zawsze o godzinie 18.00. Ileż się naprosiliśmy, ileż nachodziliśmy do dziekana, by przełożyć tę niefortunną godzinę. Bo wyjeżdżając w piątek do domu, wracało się do akademika w poniedziałek późnym wieczorem. A przez rosyjski trzeba było być już w południe w Toruniu, gdyż inny pociąg nie pasował.

Malutka, drobniutka mgr rusycystka była bardzo, wręcz piekielnie, wymagająca, a przy tym niekiedy jakoś tak dziwnie złośliwa. Do naszej grupy należał kolega (mniejsza o imię, niech będzie Darek), który był już po wojsku, miał dwójkę dzieci i taką fanaberię, a nade wszystko finansową możliwość, że polonistykę studiował stacjonarnie. Darek był jeszcze wyższy niż ja (miałem wtedy 191 cm wzrostu), lecz „w sobie” przynajmniej dwukrotnie ode mnie potężniejszy.

Otóż mgr rusycystka lubiła się szczególnie „wyżywać” właśnie na Darku. Któregoś dnia tematem była łąka. Trzeba było nauczyć się opowiadać, oczywiście po rosyjsku, o łące. No i padło tego wieczora na Darka, chociaż zgłaszało się kilka osób, w tym i ja, ponieważ wykułem opis łąki z Bunina.

– Panie Napiórkowski, proszę nam opowiedzieć, co rośnie na łące – zwraca się magister rusycystka do Darka, oczywiście po rosyjsku.

Darek coś duka, duka, duka… nagle mgr rusycystka mu przerywa i podpowiada:

– A takie coś puszyste, okrągłe, dmuchniesz i leci… – Darek uśmiecha się od ucha do ucha i triumfalnie niemal wykrzykuje;

–  бабочка! бабочка!! бабочка!!!

Magister rusycystkę zamurowało z wrażenia.

– бабочка? Na pewno? No niech pan pomyśli…

– Na pewno… бабочка!

Magister rusycystka słysząc to, podchodzi do niego, pokazuje że ma się schylić (Darek przy swojej posturze i gabarytach zgina się niemal w pół), chwyta go mocno za ucho i… wlecze do tablicy. Tam wolną ręka pisze wielkimi literami:

ОДУВАНЧИК !!! (dmuchawiec) – po czym, trzymając go za ucho, uderza Darkową głową w tablicę skandując: О-ДУ-ВАН-ЧИК !!! О-ДУ-ВАН-ЧИК !!! О-ДУ-ВАН-ЧИК !!! (dmuchawiec, dmuchawiec, dmuchawiec).

Zamarliśmy. Po tej lekcji z dmuchawcem mgr rusycystka zarządza przerwę na papierosa. A po dwóch latach nauki poszliśmy na egzamin. I u spotkało nas kompletne zaskoczenie. Wszyscy zdają za pierwszym podejściem. Magister rusycystka stawia wyłącznie czwórki i piątki.

Jeśli już rozpisałem się o językach, to może coś niecoś o języku angielskim, którego uczyłem się przez pięć lat, zdałem egzamin na piątkę, a dzisiaj już nic prawie nie pamiętam.

Jestem właśnie po lekturze książki Lotnicho Marka Stokowskiego, dziejącej się w połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Licealna, warszawska młodzież ma w tej opowieści tak doskonale opanowany język angielski, że swobodnie może porozumiewać się z premierem Wielkiej Brytanii, witając go na okęckim lotnisku. Język angielski także nie stanowi żadnego problemu w porozumiewaniem się z wycieczką Duńczyków we Fromborku.

Albo zatem Stokowski mocno przesadza i koloryzuje, albo ta warszawska młodzież była wtedy taka genialna? Bo zdecydowana większość studiujących polonistykę na początku, i w połowie, lat siedemdziesiątych XX wieku pochodziła z małych miasteczek i ze wsi, gdzie o nauce języka angielskiego można było tylko pomarzyć.

(Moje – przykładowo – pierwsze zetknięcie się z językiem angielskim to były piosenki zespołu The Beatles. A przysłowiowego „szału” dostaliśmy, gdy w czerwcu 1965 r. do Malborka przyjechał na występ londyński zespół The London Beats. Kiedy teraz znalazłem na You Toube płytę tego zespołu nagraną w tamtych czasach, to nie mogę się nadziwić, co nas w tej muzyce wtedy aż tak zachwyciło. No ba! A Satisfaction z 1965 r. zespołu Rolling Stones w dalszym ciągu jest genialne!).

Zaczynaliśmy zatem naukę od podstawowego kursu. Piszę zaczynaliśmy, bo do naszej grupy przydzielono także historyków. (A z historykami była taka „komedia”, że uważali oni, iż historia jest najważniejszym przedmiotem nie tylko na UMK, ale także i w życiu. A dlaczego? – „a dlatego – odpowiadali – bo jest historia literatury, historia języka, historia filozofii a nawet… historia historii”).

Na pierwsze ćwiczenia przyszła prześliczna, młoda anglistka, po powrocie z samego Londynu i University of Cambridge. Przemówiła do – zupełnych matołów języka angielskiego – przepiękną angielszczyzną. Tak tylko potrafił mówić Laurence Olivier w filmach m.in. Otello Ryszard III. Nic, oczywiście, nie rozumieliśmy. Popatrzyła po nas bezradnie, po czym wyciągnęła z koszyka jakieś pamiąteczki: misie, laleczki pajacyki itd., które przywiozła z Londynu. Nauka polegała na tym, że osoba, która otrzymała np. misia, podawała go osobie siedzącej obok niej. Ta pytała – po angielsku – „co to jest”?, a osoba, która przed chwilą wręczyła misia mówiła – też rzecz jasna po angielsku – „to jest miś”, „to jest laleczka”, „to jest pajacyk” itd. Na obliczu prześlicznej anglistki, obserwującej nasze angielsko podobne stękania, westchnienia i mamrotania, można było zauważyć przerażenie. Popatrywała co i raz na drzwi, jakby chciała uciec i zostawić to stado baranów, niemających o języku angielskim żadnego pojęcia. W pewnej chwili, gdy ktoś wymawiając „miś”, tj. „bear” rozciągnął „e” i beknął jak baran: „beeeear”, wybuchnęła śmiechem, a my za nią, po czym spoważniała, popatrzyła na nas i zaczęła opowiadać o… Londynie. Od tej chwili nauka angielskiego polegała na tym, że anglistka nam opowiadała o Londynie, o University of Cambridge, a my na nią patrzyliśmy, podziwialiśmy jej urodę, w końcu sięgnęliśmy do podręczników, były jakieś kolokwia, zaliczenia itd.

A pewnego razu prześliczna anglistka wpadła na pomysł, by na ćwiczenia zapraszać po pięć, sześć osób do swojego domu. Zachwycaliśmy się cudem technologicznym tamtych czasów, bo przywiezionym z Anglii radiem ze stereofonicznymi głośnikami. Warunek był taki, by podczas tych ćwiczeń rozmawiać wyłącznie po angielsku. A zatem słuchaliśmy audycji radiowych po angielsku, angielskiego odtwarzanego z płyt i itd. A egzamin po piątym roku poszedł już gładko, bo wszyscy zdaliśmy na piątkę.

Żadnego zatem pożytku nie mam ani z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, ani rosyjskiego, ani angielskiego. Nigdy poza tym nie przypuszczałem, że współczesnie język polski zostanie zaśmiecony, zachwaszczony potworną angielszczyzną i przemieni się w mowie i piśmie w jakiś pokraczny… ponglish.

Język łaciński. Od razu powiem, że lubiłem i lubię łacinę. W licem miałem do wyboru: albo język niemiecki, albo łaciński. Bez wahania wybrałem łacinę. Było nas tylko dziesięciu łacinników, więc koledzy z niemieckim nieustannie podpytywali, naigrawając się: – „a powiedz: chłopiec”, więc odpowiadało się: – „puer, pueris”; – „a powiedz: dziewczyna”, więc odpowiadało się: – „puella, puelle”; – „a powiedz: niebo”, więc odpowiadało się: – „caelum, caeli” itd. Po prostu naśmiewali się z tego drugiego przypadku.

W liceum zaliczyłem łacinę na czwóreczkę. A na polonistyce język łaciński to obowiązkowy przedmiot przez pierwsze dwa lata studiów. Istniała poza tym taka zasada, że jeśli ktoś miał łacinę w liceum, to mógł na tę uniwersytecką już nie uczęszczać, ale – uwaga! – należało potem zdać trudny egzamin. Bywało z tym różnie. Ja wolałem uczęszczać na zajęcia, chociaż miałem wszystko „w małym palcu”, ale czułem frajdę obserwując jak inni się męczą, a nieczęsto i fukają zrzędząc: „nie po to studiuję polonistykę, by uczyć się łaciny”. Z takim podejściem ten i ów, po „polaniu” łaciny musiał pożegnać się ze studiami polonistycznymi, albo szedł na urlop dziekański lub przenosił się na studia zaoczne, gdzie ponoć było, również z łaciną… „łatwiej”.   

Zajęcia z łaciny prowadziła słynna Krwawa Mery. Nie wiem dlaczego została tak nazwana: czy dlatego, że zawsze z wielką energią prowadziła zajęcia dość ostro pytając, czy może dlatego, że zawsze na obliczu była purpurowa z emocji, a może dlatego, że miała lekko wysunięte przednie zęby i lekko, jakby fukając, sepleniła?

Ja – gdy któregoś razu mnie „zdrowo” odpytała i stwierdziła, że „czuję łacinę – zostałem jej… nie wiem jak to nazwać, ale chyba… „pupilem”. (Dzisiaj ta nazwa jest zarezerwowana dla psów i kotów. O, przepraszam: dla „psynków” i kocórek”). W każdym razie wyraźnie czułem, że mnie lubi, a gdy ktoś coś nie wiedział, zwracała się do mnie i mówiła: – „na pewno Grabowski wie i zaraz nam to powie”. Rzeczywiście wiedziałem, ale któregoś razu przeżyłem i grozę, i horror, i potworne napięcie w jednym.

Otóż na czwartym semestrze czytaliśmy, a potem tłumaczyliśmy jakiś tekst. W pewnym momencie coś się zatrzymało, zatkało, nie wiadomo było jak to przetłumaczyć, co to jest, czym to ugryźć. Kilka osób, które zgłosiły się na ochotnika, zaczęło się potwornie miotać. Krwawa Mery coraz bardziej purpurowiała z irytacji, a może ze złości. Na jej obliczu zaczęły się pojawiać jakieś krwawe plamy, co i raz spoglądała na zegarek. Ja siedziałem cichusieńko jak mysz, nieco spocony ze strachu, bo też nie wiedziałem o co chodzi.

Nagle Krwawa Mery zniecierpliwiona podchodzi do mnie i mówi: – „na pewno Grabowski nam to powie”. Dalibóg, nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Trwała przedłużająca się cisza. Krwawa Mery zawiedziona, już chciała się odwrócić, gdy w pół kroku zatrzymałem ją cichym krzykiem: „consecutio temporum, to jest cosecutio temporum”. Gdzieś mi się kołatało w głowie to „cosecutio temporum” z liceum i teraz, zrozpaczony je niemal wykrzyczałem. Krwawa Mery wróciła z półkroku, spojrzała na mnie z krwawym wyrazem na obliczu, że ją nie zawiodłem, po czym powiedziała cicho z pięknym uśmiechem, mimo wystających zębów: – „tak! to jest cosecutio temporum”.

Nie muszę dodawać, że egzamin z języka łacińskiego, to była czysta formalność.

Pora kończyć ten może zbyt przydługi tym razem zapisek. Po co go zanotowałem? Zapewne ze względów terapeutycznych, aby nie myśleć: co mnie za tydzień, za kilka tygodni, po wszczepieniu złotych znaczników, czeka? Kończę ten zapisek o godzinie 17.17… 17 stycznia Anno Domini 2026.

13-17 stycznia 2026 r.

PS. Czytam właśnie książkę Sylwii Góry pt. W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz. Przedziwnie (by nie powiedzieć chaotycznie) napisana książka o nie mniej przedziwnej żonie Jarosława Iwaszkiewicza. Bo – z jednej strony – Anna została ubezwłasnowolniona ze względu na chorobę psychiczną, a – z drugiej strony – tłumaczy Prousta, romansuje z Tolkiem Słonimskim, podróżuje, pisze eseje, prowadzi dziennik, zna się na muzyce, uwielbia twórczość Aleksandra Skriabina (1872-1915) itd.

„Kawałki” cytowane z dziennika Anny są jednak, moim zdaniem intersujące. Fragmencik zatem przytaczam, jako motto tego zapisku.

Dużo było w tym zapisku o kobietach: magister rusycystyki, prześliczna anglistka, Krwawa Mery. A zatem postanowiłem okrasić ten zapisek obrazem, który namalowała Artemisia Gentileschi (1593-1653) Alegoria retoryki (ok. 1650).