O „ZAWROCIE GŁOWY”. ANTOLOGII POLSKICH WIERSZY FILMOWYCH – OPINIA KINOFILA

Motto:

„Wychodzisz zatumaniony,

zasnuty, zakiniony,

przez wietrzne peryferie

wędrujesz i myślisz, że

 

najlepsze te małe kina,

gdzie wszystko się zapomina;

że to gospoda ubogich,

którym dzień spłynął źle”

Konstanty Ildefons Gałczyński Małe kina

 

„Można pisać bez rymu. Sam to nieraz robię.

Można łamać rytmikę.

Nawet czasem można pisać bez sensu.

Ale nie wszystko naraz.

W takim wypadku

lepiej powstrzymać się od pisania”.

 

Antoni Słonimski List otwarty, w: Jedna strona medalu

 

Nie byłbym kinofilem, czy też… zakinionym (bardzo podoba mi się to określenie Gałczyńskiego), gdyby umknęła mi książka pt. Zawrót głowy. Antologia polskich wierszy filmowych. Wybór, opracowanie i wstęp Darek Foks, Narodowe Centrum Kultury Filmowej, zwane dalej NCKF, Łódź 2018, ss. 400.

Zdobycie tej książki było bardzo trudne. To charakterystyczne, a zarazem absurdalne, dla współczesnego polskiego rynku wydawniczego, że – z jednej strony – księgarnie są zawalone książkami, a – z drugiej strony – wiele książek jest albo w ogóle niedostępnych, albo – jak powyższa antologia – zdobywa się je po wielu staraniach.

W sprawie bowiem Zawrotu głowy wielokrotnie e-mailowałem i telefonowałem do Narodowego Centrum Kultury Filmowej. Bez, oczywiście, jakiegokolwiek odzewu. Na e-maile nikt nie odpowiedział. Natomiast rozmowy z paniami, które odbierały telefony miały ten sam, mniej więcej, przebieg:

– Dzień dobry, nazywam się Jan Grabowski, dzwonię z Gdańska… i w dalszej części przedstawiałem swoją prośbę dotyczącą zakupu „antologii polskich wierszy filmowych”.  Pytałem także: „z kim mam przyjemność?”.

Nie było sytuacji, aby druga strona mi się przedstawiła, chociaż jest to Narodowe Centrum Kultury Filmowej. Słyszałem w odpowiedzi jakieś mamrotanie, że „sekretariat”, albo, że „RODO nie pozwala na ujawnienie danych”, „a poza tym musi pan”, bo to i owo. Owe „musi pan” powtarzało się podczas każdej z rozmów. W każdym razie nie natrafiłem w NCKF na ani jedną uprzejmą i kompetentną osobę.

Starałem się wobec tego wykorzystać inne drogi dotarcia do tej antologii, ale również bez powodzenia. W końcu zaistniała bardzo mała szansa, że sprowadzi ją moja ulubiona księgarnia. Udało się i oto jestem posiadaczem wielkiej, bardzo nieporęcznej do czytania księgi, której cena jest równa przyzwoitemu alzackiemu gewurztraminowi.

Zanim jeszcze tę książkę kupiłem ani mi przez myśl nie przeszło, że może mnie spotkać taka sama niespodzianka jak wtedy, gdy jakiś czas temu wybrałem się do Muzeum Opatów w Gdańsku Oliwie na malarską wystawę „Biblia w malarstwie”. Pamiętam, że chodziłem wtedy od sali do sali, od obrazu do obrazu coraz bardziej zdumiony, zniesmaczony i przerażony bezczelnością zarówno twórców jak i wystawców, bo potworne bohomazy, jakie wtedy zaprezentowano, nie miały absolutnie nic wspólnego ani z malarstwem, ani ze sztuką, ani z Biblią.

A może moje oczekiwania wobec w. wym. wystawy były zbyt wygórowane? A może spodziewałem się nie wiadomo, czego również i po „polskich wierszach filmowych”? Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zanim bowiem przejdę do zawartości Zawrotu głowy,  chciałbym kilka zdań napisać na temat edycji tej antologii. 

Otóż jak już wspomniałem jest to wielka, bardzo nieporęczna, z miękkimi okładkami,  księga, zawierająca utwory aż 121 autorów od początku XX wieku i aż po dzień dzisiejszy. Niesposób zatem ją rozłożyć, by swobodnie czytać.     

Otwieram jednak jako kinofil – ba! zakiniony – antologię „polskich wierszy filmowych” i oto, co czytam na s. 164:

„Tylko tu spokój. / GWIEZDNE WOJNY – nagłówek w jednej z gazet. / Japończycy w mosiężnych imbrykach na głowach. / Nowozelandzki desant wisi przyczajony. / Lecz ja spokojnie okupuję kibel, jeden na sto / osób. Jeden jedyny. Wywiesiwszy pas / ponad drzwiami, aby wiedziano, że zajęte, ja / okupuję to miejsce. Nawet nie zdejmuję spodni. / Siedzę, przymykam oczy. Nie myślę o niczym, / o nikim. Okupuję to / miejsce, gdy tymczasem cała / kompania chce srać”. I taki jest ten cały „polski wiersz filmowy” Marcina Świetlickiego pt. Szmaty (fragment).

Nieco dalej, tj. na s. 181, trafiam na „polski wiersz filmowy” Grzegorza Olszańskiego pt. Miazga. Oto owej Miazgi fragment początkowy:

„Cień podmywa kałuże światła, / którą słońce usypało na podwórku. / Położyłem się po południu / i teraz obudziłem się dziwnie spokojny, / niczym Zbyszek Cybulski przed akcją, / choć i tak całe kino wie, / że zginie, wpierdalając się w białe / prześcieradła”.

Zobaczmy, co na temat filmu piszą jeszcze inni współcześni polscy poeci.

Oto wiersz (s. 241) Piotra Macierzyńskiego pod wiele mówiącym tytułem ***:

„myślałam że się za mną oglądają / że mówią ale dupa idzie / aż zaczęłam przeglądać się w kałuży / i co tere-fere kuku ja z dwiema torbami / dzieciak mi słonia nakleił na żakiet / mąż utrwala schemat / powiedziałam o kurwa tak to nie będzie / dopiero mam dwie zmarszczki / idziemy do kina / sama poszłam bo w telewizji był mecz bokserski / jeszcze mi powiedział że ma / dość tej mojej filozofii / a ze mnie Sokrates jest najlepszy w kuchni / i zrobiłam mu takie kino że wyłączył telewizor / zdjęłam z kwaśną minę żakiet i krzyżyk / i byłam jak gwiazda filmów / porno aż mi kupił kwiaty / i zrobił drugie dziecko”.

A oto utwór Krzysztofa Jaworskiego (s. 274) pt. Oglądając włoski dramat z roku 1975:

„O, pobrudziła sobie bluzeczkę! / I co teraz?! Teraz trzeba ostrożnie / rozejrzeć się za czymś wilgotnym / do pocierania. Jej pracodawca jest niewidomy / [bo wyszło na jaw, / że ma pracodawcę]. Trze i trze, aż różowy sutek / zerka wesoło przez materiał. Czy ślepota / popchnie ją do zdjęcia majtek? / Popchnęła! / Warto było czekać! / No, nie zawsze. Na przykład ja: / zgubiłem coś i nie mogę znaleźć, robię się / nerwowy, niczego nie wiem o śmierci, a jak się dowiem, / będzie za późno, żeby zrobić z tego użytek. Może nawet / gaci zdjąć nie zdążę? Mój następny wiersz będzie wesoły, / ale nie za bardzo. Wszystko można przewidzieć, / tylko po co?”.

Co tekst o majtkach i o gaciach ma wspólnego z filmem?

A co z poezją, z filmem ma taki oto tekst Wojciecha Bonowicza pt. Pickpocket? (s. 326):

„Codziennie w drodze do pracy mijam łyżeczkę wtopioną w asfalt. / A wczoraj – kobietę, która drugiej kobiecie oglądała oko”.

Albo taki tekst Filipa Zawady pod wiele mówiącym tytułem… ***? (s. 327):

„W upalny dzień nic się nie chce / a nasze chmury pod Berlinem / leją po raz drugi”.

A dalej jest wcale nie lepiej. Oto w utworze na s. 329 pt. Rzym, miasto otwarte Adam Zagajewski stwierdza, że „Wiersze to krótkie tragedie, przenośne jak radio tranzystorowe”.

A Marcin Baran na s. 337 w utworze The Wild Bunch pisze o… „definitywnej napierdalance”:

„Zaczynamy przypominać tych od Peckinpaha: / starzejąca się, krucha banda. / Z wolna, acz nieuchronnie, nadciąga czas bilansu: / »Szykuj raport ze wsi, szykuj raport z miasta!«. / Raport wanitatywnie fallocentryczny / wraz z definitywną napierdalanką. / Macham ręką na Ernesta Borgnine’a. / William Holden i Rober Ryan nikną. / John Berryman patrzy na nas skądś”.           

I tak jest niemal strona po stronie w tej „antologii polskich wierszy filmowych”. Utwory te nie mają nic wspólnego ani z wierszami, ani ze sztuką, ani ze filmem.

Piszę „niemal”, bo w tej antologii znalazły się także znakomite wiersze wybitnych, ale nie współczesnych poetów. Utwory, które rzeczywiście są wierszami i przedstawiają tematykę filmową można by wyliczyć na palcach dwóch rąk. Nie więcej. Reszta to, niestety, brednie, brednie, brednie i jeszcze raz brednie. „Wiersze szmaty”, „wiersze klozetce” z „kurwami”, „chujami” i „napierdalanką”. Zmarnowane pieniądze przez Narodowe Centrum Kultury Filmowej.

Do wierszy, które podobały mi się zaliczyłbym m.in. cytowany na początku we fragmencie utwór Małe kina Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (s.120-121), Popiół i diament Jarosława Iwaszkiewicza (s.155-157) oraz Kino wiejskie Stanisława Grochowiaka (s. 125):

 

KINO WIEJSKIE

Dawano Hamleta nam w kinie

Pod wielkim nawisem jabłoni.

Patrzyli chłopi w głębinę

Melancholii.

 

Potem przez wrzosy, przez strużki

Do chat skradali się cicho.

I po raz pierwszy całowali nóżki

Zdumionym kobitom.

 

A chłopcy – wieczorem – nad rzeką,

Z twarzami nad wodą leżeli.

Patrzyli: jak dziwnie, jak lekko

Płyną włosy głupiej Ofelii…

 

Okazuje się, że tak jak namalowanie sceny z Biblii jest rzeczą wcale niełatwą, tak napisanie wiersza, w tym przypadku wiersza filmowego, jest prawie niemożliwe. Potrafią to tylko nieliczni i to najwybitniejsi poeci tak, jak np. Stanisław Grochowiak.

Współczesna polska poezja pozbawiona jest nie tylko myśli i uczuć. Pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu. Pisał o tym m.in. profesor Artur Hutnikiewicz.

Wśród poetów rozpanoszyła się za to tandeta, grafomaństwo i cwaniactwo, polegające na tym, że za pieniądze z kieszeni podatnika wydawane są takie książki jak „antologia polskich wierszy filmowych”, gdzie autor wyboru, opracowania i wstępu, czyli Darek Foks  nie zapomina także o sobie pisząc m.in. w utworze Ezra Pub (s. 97-100), że:

„Wydymałem Ofelię. Wydymałem Gertrudę. / Duch mego ojca nie dał się wydymać, chociaż / grała go kobieta. Rosencrantz wydymał Poloniusza / i Guildensterna, z którymi zaraz po premierze / wydymaliśmy co do jednej dziewczyny z widowni”.

W jednym z wielu swoich obszernych utworów pt. Zippo w Hollywood znajdujących się w „antologii polskich wierszy filmowych” (s. 144), dotyczącym filmu Droga do szczęścia Darek Foks pisze o dystrybutorze dlaczego „po chuj zrezygnował” z tego obrazu oraz „mam w dupie” akademię filmową przyznającą Oscary.

Nie nadzwyczajny film Droga do szczęścia był bez problemu dostępny w kinach. Kogo jednak interesuje, że dystrybutor „po chuj zrezygnował” oraz, że Darek Foks ma „w dupie” akademię przyznającą Oscary?

Co pisanie o „wydymaniu”, o „chuju”, o „dupie” ma wspólnego z filmem, z literaturą, z poezją, ze sztuką?

„Antologia polskich wierszy filmowych” pokazuje w jak beznadziejnym stanie jest współczesna polska poezja. To w ogóle nie jest poezja. To są wygłupy i brednie.

Ktoś, kto zdobędzie tę „antologię” i do niej zajrzy mógłby powiedzieć: „O, przepraszam, a Broniewski, a Czechowicz, a Herbert, a Jastrun, a Karpowicz, a Peiper, a Poświatowska, a Przyboś, a Słonimski, a Szymborska, a Wierzyński?”. Zgoda, są to skądinąd znakomici poeci, ale – po pierwsze – wybrane do antologii ich utwory nie mają nic wspólnego z filmem (np. bardzo dobry wiersz Asocjacje z motywem śmierci Poświatowskiej), a – po drugie – dobrze jest zaistnieć w odbitym świetle sław.

Z pisaniem wierszy o filmie (a nie o chodzeniu do kina), czyli o sztuce jest tak samo jak z pisaniem o Stanleyu Kubricku (moim ulubionym reżyserze). Każdy z autorów (niewiele jest tych książek o Kubricku), pisze zagmatwanym i niezrozumiałym językiem o wszystkim (najczęściej o sobie i swoich „odczuciach”), za to niewiele o sztuce reżyserii Kubricka, a najmniej o jego filmach.

Współczesna poezja nie nadaje się do czytania. Zawrót głowy. Antologia polskich wierszy filmowych wyszła w nakładzie 1000 egzemplarzy (jednego tysiąca egzemplarzy).         

Ciekawym czy jeszcze ktoś po nią sięgnie? Moje bowiem rozczarowanie – jako kinofila z długim i jeszcze dłuższym stażem – jako zakinionego jest… ogromne!!!

7 maja 2019 r.

Ps. Polskie kino lat sześćdziesiątych XX wieku to były (ba! są!) niezapomniane arcydzieła. Jednym z moich ulubionych filmów z tamtych czasów jest Pociąg Jerzego Kawalerowicza.