NIEDOKOŃCZONY ZAPISEK

Motto:

 

„Z Niczego świat stworzyło słowo;

Nic zbudowało go na nowo”.

 

I nic im nie odpowiedział

Richard Crashaw 1612-1649

 

Zaiste, środki masowego przekazu roztrąbiły się na temat: „świątecznego weekendu, który właśnie minął”, na temat „świąt, które się skończyły”, „świątecznych powrotów” itd. Nikt nigdzie się nawet nie zająknie, co to były za „święta”. Może… Wirtualnych Bałwanów? Może wyświechtanej do granic absurdu… „magii” (tylko nie wiadomo czego)? Może: bombeczek, światełeczek oraz iluminacji? Może – nie mniej wyświechtanej… „bajkowości”?

Ani słowa o Bożym Narodzeniu, o tradycji, o tym skąd i kiedy to Boże Narodzenie się wzięło itd. Nie sądziłem, że w „przeciągu” mojego życia może niemal wszystko zmienić się aż tak bardzo. Ba! wiele rzeczy, zjawisk, sytuacji zachować itd. zostało wywróconych na nice. Tradycja? Po co komu tradycja. A co w zamian? Ano… nic. Kompletnie nic! O – przepraszam – została tylko rozdymana do granic absurdu… „magia (nie wiadomo jakich) świąt”.

A przecież już od wczesnego Renesansu (a nawet i wcześniej) ileż powstało najwspanialszych dzieł malarskich przedstawiających Boże Narodzenie. Ileż utworów muzycznych, ileż utworów literackich. Czy można w ogóle sobie wyobrazić Boże Narodzenie bez najpiękniejszych na świecie (tak!, tak!) kolęd? Czyżby ci wszyscy malarze, kompozytorzy, literaci sławiący, albo tylko opisujący Boże Narodzenie to byli… ciemni, zacofani durnie?

Nie mogę zrozumieć dlaczego rok w rok aż tyle ludzi ulega tej „magii świąt”, że liczą się już tylko bombeczki, światełeczka, iluminacje i pogoń za prezentami? No cóż, przyszło się żyć w jakieś „święta” bez duchowości, oglądać filmy, czytać książki także bez duchowości.

 

Jestem bardzo ciekaw: co będzie dalej bez metafizyki, bez tradycji kultury śródziemnomorskiej? Wspaniale się za to rozwija technologia: kto by pomyślał jeszcze pięćdziesiąt lat temu, że będą powszechnie dostępne komputery (ba! Internet!), że będą przenośne telefony komórkowe, że efekty filmowe przerosną chyba nawet najśmielszą wyobraźnię, że będą jakieś streamingi itd. (No, ale aparatów słuchowych umożlwiających rozumienie mowy jak dotąd nie w skonstruowano!). To są takie czasy, że najlepiej być młodym, zdrowym i mieć dużo pieniędzy. Wiek podeszły, starość, umieranie? A kogóż to interesuje? W samym Trójmieście, i w okolicach istnieją setki, a może nawet i tysiące, domów seniora, „spokojnej starości”, nie wymieniając Zakładowej Opieki Leczniczej, hospicjów itd. Co pomoże „technologia” na ból, choroby i starość. Zwłaszcza na ból? Ano nic. Kompletnie nic!

Ktoś może zareaguje: przeżyłeś swoje dziadersie, więc nie narzekaj. Masz, na co zasługujesz. Ależ ja nie narzekam. Cieszę się każdym dniem, bo nie wiem, co mnie za rok, za miesiąc czeka.

W Internecie, czyli niemal wszędzie można napotkać konstatacje, że książką jest najlepszym przyjacielem człowieka.

(Chociaż jeszcze tak niedawno wszem wobec trąbiono, że to pies jest najlepszym, ba! jedynym przyjacielem. A czemuż to pies? Można by zapytać. A krowa, czy koń, nie wspominając o przesympatycznych gniewoszach plamistych, przyjacielem być nie może?

Ach! ostatnio uczestniczyłem w pewnej awanturce. Otóż poszedłem wypożyczyć do biblioteki książki. Ku mojemu zdumieniu jakaś pani przepychała się między regałami z pokaźnym psem na smyczy, wyraźnie oczekując, że jej, a nade wszystko jej pupilowi będę schodzić z drogi. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem:

– Czy nie mogłaby pani zostawić psa przed budynkiem?

– Coooo? Co pan wygaduje? – Oburzyła się jejmość. – Może jeszcze na łańcuchuuuu?

– Ależ ja nic takiego nie powiedziałem – zacząłem się, nie wiadomo po co tłumaczyć. – Chciałbym tylko móc swobodnie przejść między regałami.

– No to idźże pan sobie! – zawarczała miłośniczka psów. – Idź! Pies mu przeszkadza! Też coś!

– Przepraszam – zwróciłem się do pani bibliotekarki. – Czy ze ślicznym łoszakiem też mogę na drugi raz wejść do biblioteki?

– Z kooooniem? Do biblioteki? Panie, pan chyba rozum postradał. Ze zwierzęciem do biblioteki? – rozkrzyczała się na cały głoś właścicielka pupila.

– No przecież pies, to też jest zwierzak? Czyż nie? – zapytałem.

– Panie, zwierzak to jesteś pan! A mój Neron – tu przytuliła psa i zaczęła go obcałowywać – jest mi najmilszy ze wszystkich istot. Najmilszy! – fuknęła, po czym z głośnym mlaśnięciem pocałowała psa w pysk).

Trochę się rozpisałem na temat psów, które osobiście lubię i nawet na codzienne spacery udaję się z Bobikiem, przedstawicielem posokowców hanowerskich. Natomiast nie znoszę jeść w restauracji albo w kawiarni w towarzystwie psów. Co to bowiem za przyjemność jeść obiad,  gdy przy sąsiednim stoliku ktoś karmi olbrzymiego psa, któremu ślina ciągnie się z pyska.

No właśnie to jest to zgłupienie obyczajów: psy w restauracjach i kawiarniach, rowerowe i hulajnogowe rajdy (z obowiązkowym gibaniem się) po chodnikach przeznaczonych wyłącznie(!) dla pieszych.

A poza tym to chwalenie się w Internecie ilością (i kilogramami) napisanych „powieści”. – Hola, panie, hola – ktoś mógłby powiedzieć. Jeśli jest odbiorca i zapotrzebowanie na taką tłuczoną na ilość produkcję „pisarską”, to ważne, że ludziska czytają. – To niechże sobie piszą i czytają – mógłbym odrzec. – Po takiej produkcji literackiej, która z twórczością pisarską nie ma nic wspólnego, nie postanie w historii literatury nic. Kompletnie… NIC!

28 grudnia 2025 r. I kilka dni następnych

PS. Nie miałem ani ochoty, ani siły, ani zdrowia, by ukończyć w. wym. zapisek. Coś mi jednak doskwierało, że nie powinienem pozostawiać go ot tak w zwieszeniu. Tym bardziej, że zdarzyły się dwie rzeczy, które warto odnotować. Pierwsza to zima z mrozkiem około minus dziesięciu stopni Celsjusza i kopnym śniegiem na trzydzieści sentymentów, a druga to film pt. Słychać dzwony (I Heard the Bells 2022), 110 min. reż. Joshua Enck. Bohaterem tego filmu jest… kolęda I Heard the Bells on Christmas Day (1864), którą napisał Henry Wadsworth Longffelow (1807-1822). Film o twórczości poetyckiej jest bardzo trudno zrealizować. Właściwie nigdy dotąd nikomu to się nie udało. Zazwyczaj są to dzieła, tak jak w tym przypadku, o życiu poety. Wprawdzie Enck stara się opowiedzieć obrazami jak to ta słynna kolęda powstaje, ale wydało mi się to dość sztampowe, w iluż filmach coś podobnego ja już widziałem. A może mnie, który obejrzał wprost niezliczoną ilość filmów, już żaden nie potrafi zadziwić?

            Przytaczam zatem tę kolędę w oryginale.

 

I HEARD THE BELLS

 

I heard the bells on Christmas Day
Their old, familiar carols play,
    And wild and sweet
    The words repeat 
Of peace on earth, good-will to men!

And thought how, as the day had come,
The belfries of all Christendom
    Had rolled along
    The unbroken song
Of peace on earth, good-will to men!

Till ringing, singing on its way,
The world revolved from night to day,
    A voice, a chime,
    A chant sublime 
Of peace on earth, good-will to men!

Then from each black, accursed mouth
The cannon thundered in the South,
    And with the sound 
    The carols drowned
Of peace on earth, good-will to men!

It was as if an earthquake rent
The hearth-stones of a continent,
    And made forlorn
    The households born
Of peace on earth, good-will to men!

And in despair I bowed my head;
„There is no peace on earth”, I said;
    „For hate is strong,
    And mocks the song 
Of peace on earth, good-will to men!”

Then pealed the bells more loud and deep:
„God is not dead, nor doth He sleep;
    The Wrong shall fail,
    The Right prevail,
With peace on earth, good-will to men”.

 

13 stycznia 2026 r.