Motto:
„Lubił dziwne opowieści, sarmackie, zmyślone”.
Lotnicho.
Opowieść o wędrowaniu, miłości i przyjaźni.
Marek Stokowski
Zaiste, Nowy – Anno Domini 2026 – Rok zaczął się, jak Pan Bóg przykazał, śniegami i mrozkiem. Nie upłynęło kilka dni i rozległo się trąbienie wszem wobec o „ataku zimy” oraz „srogich mrozach”. No cóż, w telewizji można było zobaczyć, oraz w bezpośrednich relacjach m.in. znajomych zaszytych w lasach Warmii usłyszeć, że zasypało wszystko na biało. A nawet więcej: w samego Sylwestra samochody utknęły w zaspach na amen. (Przypomniało to trochę sytuację Zimy Stulecia, która pojawiła się w Sylwestra na przełomie 1978/1979 r.). Tymczasem u mnie, czyli w miejscu Jeszcze dalej niż Północ, śniegu, owszem trochę jest, tak z 5 cm. A mrozku było z 8 stopni Celsjusza tak, że któregoś dnia pomalował mi szybę w piękne gwiazdki.

Na Mikołaja i pod Choinkę sypnęło u mnie książkami. Pomijając fakt, że należę do czterech bibliotek i zawsze przytaszczam pakiet książek, to zdarza mi się jeszcze od czasu do czasu książki kupować, a poza tym – jak już wyżej wspomniałem – nie zapomniał o mnie Mikołaj. Książek zatem miałem cały oberemek, a zapewne i więcej.
A nie sądźcie, że ja tych kilkadziesiąt książek w miesiącu czytam. Fizycznie nie dałbym rady, a poza tym wzrok już nie ten. Bo tych różnych audiobooków to nie za bardzo lubię. Po pierwsze dlatego, że są to rzeczy dla osób słyszących, a po drugie lektorom przydałoby się jakieś kursy z dykcji i impostacji. (No właśnie: technologia rwie do przodu jak nie przymierzając wyścigowy samochód, a dotąd nikt nie potrafi skonstruować aparatów słuchowych, które zapewniają rozumienie mowy).
Nie chciałbym tu wymieniać wszystkich książek, które ostatnio m.in. pod Choinkę otrzymałem. Mogę tylko powiedzieć, że ktoś sobie nieźle zażartował i obdarzył mnie dwoma pakietami dzieł pań pisarkiń, kilkoma tomikami poetyckimi oraz m.in. wierszami Jana Twardowskiego, opasłym zbiorem notatek pt. Religia kina Tadeusza Sobolewskiego oraz powieścią pt. Lotnicho. Opowieść o wędrowaniu, miłości i przyjaźni Marka Stokowskiego.
Powieści pań pisarkiń tłuczone masowo i na kilogramy pewnie rozdam. Przydadzą się także jako podpałka na grilla. Zabiorę też na pewno kilka do lasów Warmii, gdzie nie zawsze bywa papier toaletowy.
A sam Nowy Rok, czyli 1 stycznia br. zacząłem godnie (wszak trwały Gody), bo od ponownej lektury książki pt. Stanley Kubrick. Rozmowy Gene D. Philipsa oraz Wędrówek Henry’ego Davida Thoreau. Taka to bowiem rajcuje mnie lektura. Stanley Kubrick, wiadomo geniusz Kina. (Geniuszem Kina jest również James Cameron. Na pewno zaś nie – według mnie – Christopher Nolan ze swoimi nudnymi dziwactwami rozdymanymi do granic absurdu i… „wizjami”). A Thoreau? Można go czytać w kółko. I wciąż się zachwycać.
Bardzo, ależ to bardzo rozczarowała mnie książka Tadeusza Sobolewskiego. Bo w tej jego książce religii Kina nie znalazłem nawet za grosz. Odłożyłem ją zatem. A tuż pod nią znalazłem nie mniej pękate, lecz znacznie lżejsze Lotnicho Marka Stokowskiego.
Mam taki zwyczaj, że zanim zabiorę się do lektury książki, to lubię ją najpierw przewertować, podczytać tu i tam. Nie lubię książek wybitych małą zwartą czcionką oraz w miękkich okładkach. A ta wprawdzie okładkę ma tylko miękką i jest zaledwie sklejona (czyli jednorazowego użytku), ale za to czcionka mnie osobiście „podchodzi” i zachęca do czytania.
Czytam zatem i natrafiam na kawałek o… pierdzeniu. Wertuję dalej… znowu pierdzenie. Znaczy się jegomość, to jest autor, potrafi nieźle kozaczyć. Spoglądam na ostatnią stronę okładki. No… przecieram oczy ze zdumienia, gdyż fotka autorka jako żywo przypomina mi pewnego mojego byłego znajomego, który też potrafił niemożebnie kozaczyć i dzień w dzień witał mnie telefonem: – „Witaj Janie poeto? Gazy odeszły?”. (Nasze drogi z owym znajomym jednak w pewnej chwili definitywnie się rozeszły. Po pierwsze dlatego, że mimo, iż się wiele lat kumplowaliśmy [co za okropne słowo „kumpel”], to zawsze się oburzał, gdy nazywałem go przyjacielem lub kolegą. Mierził go też „kumpel”. A zatem byliśmy – na jego życzenie… znajomymi. Kiedy jednak go bliżej poznawałem w różnych sytuacjach, a dowcipy właśnie o m.in. pierdzeniu stawały się coraz dosadniejsze, pewnego razu powiedziałem: FINIS!).
A zatem podobieństwo owego mojego byłego znajomego do autora Lotnicha. A ponadto kozaczenie – z popierdywaniem – w opowieści. Zacząłem tedy, nie bez pewnego oporu… czytać Lotnicho.
W tej opowieści autor co do miejsca akcji, to raczej trzyma się realiów i tylko niekiedy „mataczy”, aby trochę czytelnika wywieść w pole. Oto bowiem jako bohaterów mamy czworo licealistów z warszawskiego liceum usytuowanego tuż przy lotnisku na Okęciu. (Stąd tytuł Lotnicho. Owo jednak Lotnicho nie dotyczy samego wyżej wymienionego lotniska, lecz – moim zdaniem – ma znaczenie szersze, głębsze, powiedziałbym nawet, że… metafizyczne. Nie chciałbym jednak rozpisywać się tylko na temat tytułu książki). A zatem któregoś wrześniowego dnia Ewa, Marysia, Rafał-Filozof Szczeklik, wirtuoz gry na organkach oraz Rafał Szumborski, który jest jednocześnie jakby wszechwiedzącym narratorem, zostają zaproszeni, by powitać premiera Wielkiej Brytanii i jego małżonkę na okęckim lotnisku. Posługują się przy tym tak biegłą angielszczyzna, ba! Rafał nawet cytuje fragment jakiegoś wiersza, że premierostwo są zachwyceni, niemal wniebowzięci, a ówczesne polskie władze oferują całej czwórce w nagrodę przelot samolotem nad Warszawą.
I od tego momentu akcja nabiera szaleńczego tempa. Samolot ląduje na lotnisku pod Malborkiem. Przypadkiem pilot-kapitan zabiera całą czwórkę do Przebrna na Mierzeję Wiślaną. Z Przebrna idą, zbierając bursztyny, piechotą brzegiem Zatoki Gdańskiej do Krynicy Morskiej. Z Krynicy zabierają się stateczkiem białej floty do Fromborka. A we Fromborku przypadkiem spotykają wycieczkę Duńczyków, którzy, oczywiście, zapraszają całą czwórkę do Kadyn. W Kadynach – przypadkowo – jedzie Nysa do Zamechu w Elblągu. Tam – przypadkiem – zostają zamustrowani przez jednookiego Cyklopa-„chama” na pchacz z barką. Uciekają – to już nie przypadkiem – z barki na śluzie w Białej Górze. Potem wędrują przez lasy kwidzyńskie i – przypadkowo – trafiają pod Benowem na „wesele” Hackenów, którzy mają niepełnosprawnego syna Michała. No i, oczywiście, muszą zdobyć dla Michała wózek inwalidzki, który posiada, po zmarłym mężu, ekscentryczna malarka w Gniewie. Taszczą wózek na prom i dosłownie w ostatniej chwili wjeżdża na niego Nysa, w której siedzi dyrektora DPS, usytuowanego gdzieś w kwidzyńskich lasach. Nie ma sprawy, czwórka wędrowców odwozi wózek do Benowa, po czym, oczywiście, przyjmuje zaproszenie dyrektorki do DPS, gdzie… daje koncert. Ufff… bo dalej jest nie mniej przypadkowo, a po drodze czwórka licealistów spotyka samych dobrych, niosących pomoc ludzi. O tak, jedynym wyjątkiem jest zły do szpiku kości szyper pchacza Lucyna, próbujący zgwałcić Marysię…

Nie mam zamiaru w tym zapisku streszczać całego Lotnicha, ani tym bardziej pisać recenzji. Nie jest to także tekst krytyczny (przynajmniej nie chciałbym, aby w ten sposób został potraktowany). Nie znoszę także, jeśli ktoś mi przyszywa łatkę… „czepialskiego”. Po prostu przeczytałem książkę, bo akurat była pod ręką. A te wszystkie refleksje przyszły mi na myśli podczas prasowania pościeli, koszul itd. Bo z czynności domowych najbardziej lubię prasowanie, czyli konkretną robotę. Bo ze ścieraniem kurzu to jest tak, że ile byś nie ścierał, to i tak zawsze wszędzie go widać. A z prasowaniem jest konkretnie: po jednej stronie masz rzeczy niewyprasowane, które prasujesz, i po drugiej stronie są już wyprasowane. Kiedyś jakiś pisarz publikował felietony pt. Rozmyślania przy goleniu. Ja wolę refleksje przy prasowaniu, bez zadęcia o „rozmyślaniach”. I gdybyż te refleksje można było od razu zapisywać. Technologia rozwija się w szalonym tempie, a jednak takiego urządzenia, które by zapisywało myśli, jeszcze nie wynaleziono. Bo kiedy potem siądziesz „na dupie przed laptopem” (określenie pewnej pisrakini), to tekst wydaje się już zupełnie inny. Niemniej skoro już zacząłam ten zapisek o Lotnichu, to spróbuję go pokontynuować.
Bardzo lubię, osobiście, Warszawę jako Miasto. Podczas studiów polonistycznych na UMK w Toruniu często do warszawskich teatrów i kin jeździłem. Bo lata siedemdziesiąte XX wieku, które Marek Stokowski opisuje, to przecież „złoty” czas w repertuarze teatrów i kin. Niestety, w opowieści nie ma o tym nawet śladu. Za to młodzież zna biegle angielski. No, nie wiem, moim zdaniem czas opowieści, to jednak w dalszym ciągu dominanta języka rosyjskiego w szkołach i na uczelniach. I widać, że młodzież warszawska w tym czasie jest „lepsza”, bo zna angielski. I jakby z punktu widzenia tej „lepszości” autor konstruuje całą opowieść.
Autor, który jest jakimś osobliwym narratorem wszechwiedzącym. Bo wprawdzie Arek ma lat kilkanaście, ale opowieść jest snuta z punktu widzenia już dziadersa, który z humorem w postaci popierdywania i z rozrzewnieniem pisze, bo „lubi sarmackie powieści, zmyślenia”. I snuje tę swoją opowieść przypominającą jako żywo telenowelę. Z tym, że w telenoweli się bezustannie gada. A tu jednak wprawdzie jest trochę przynudnej gadaniny, ale jednak czwórka licealistów działa. (Te rozpierające energią działania postaci Lotnicha jako żywo mogą przypominać przygody Pana Samochodzika albo i wydarzenia z Księgi urwisów Edmunda Niziurskiego).
Z tą „lepszością”, to niekiedy autor „jedzie po bandzie”, bo nie zna realiów tamtych czasów. Opisuje – przykładowo – jak to młodzież baranieje (dosłownie) pełna zachwytu, spotkawszy we Fromborku wycieczkę Duńczyków. Bo to są ludzie, którzy nie dosyć że, inaczej, przyjemnie, pachną, to w dodatku mają zagraniczne ciuchy, którymi obdarowują sowicie całą czwórkę.
No, autorze Lotnicha, wyraźnie zapomniałeś, że jest to czas „wielkiej prosperity” Polski Ludowej i otwarcia na świat (w imię przysłowia „zastaw się [na Zachodzie], a postaw się). W Pewexach oraz w Modzie Polskiej można było kupić, co tylko się chciało. Nie chciałbym się jednak na ten temat rozpisywać, bo Ty autorze widzisz tylko złe strony tamtych czasów, chociaż nie było aż tak źle. Ciekawym czy tak odważnie pisałbyś w latach siedemdziesiątych XX wieku o „łapie Sowietów” nad Polską? (A nawiasem to tak bardzo walczyliśmy o by „wypędzić ruskie wojska” z Polski i w ogóle o Wolność i co teraz mamy? Jedna „łapa” została zdjęta, za to mamy inną „łapę”. A co do Wolności, to jeśli można (no bo można!) publicznie obrażać Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, jeśli można wprowadzać psy do restauracji i kawiarni, jeśli można pędzić rowerami i hulajnogami po chodnikach itd. itd., to ja dziękuję za taką… „wolność”).
Wracając jednak do opowieści Stokowskiego, to ci jego bohaterowie są jakby „lepsi”, zaradniejsi, jednak niekiedy bardzo nieporadni. Bo kiedy zostali „zamustrowani” na pchacza, wraz z barką tj. Lucynę to… głodują. – Jakże to tak? – można by zapytać. – Czyżby w Kanale Jagiellońskim, a potem w Nogacie, którymi płyną do śluzy w Białej Górze nie było ryb? Czyżby Cyklop-„cham” nie miał ani jednej wędki? Czy na Lucynie nie było niczego, z czego można by sklecić siatkę na ryby?
Czytając tę książkę od czasu do czasu zastanawiałem się: kto ma być jej adresatem? Kto ma być jej odbiorcą? Ja ją wyłuskałem – dość przypadkowo – ze stosu książek. Bądźmy szczerzy: książka ma dość dużą czcionkę, więc dla seniorów jest akuratna. Czy – pod względem treści – jednak dla seniorów? Może dla licealistów, którzy pośmieją się jak to autor kozaczy z Ruskich?
I zapewne za to kozaczenie książka została nagrodzona Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza. Można, owszem, można ją przeczytać, chociażby dla ładnie poprowadzonego wątku rozwijającego się uczucia między Marysią i Arkiem. Świetny pomysł jest również z tymi organkami Rafała. Mnie, osobiście ujęła i… EFFATHA! Bo reszta to „sarmackie powieści, zmyślenia”. Gdybym miał – jako czytelnik z długim i jeszcze dłuższym stażem – ocenić, według ocen szkolnych tę opowieść, to dałbym… czwóreczkę, czyli całkiem dobrze. To i tak dużo, bo współczesna produkcja „powieściowa” klepana na ilość i na kilogramy, to nie więcej niż dwójeczki, czyli słabo. Bo ja wciąż, jako czytelnik czekam na literackie arcydzieło.
Kiedyś, podczas którego Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni, gdy nie przyznano Złotych Lwów, bodajże Andrzej Wajda powiedział, że nie może być takiej sytuacji, by nie przyznać głównej nagrody, bo to znaczy, że się nie lubimy. Że trzeba nagrodzić, wybrać z tego co jest.
Być może miał rację.
10-11 stycznia 2026 r.
PS Lotnicho. Opowieść o wędrowaniu miłości i przyjaźni Marka Stokowskiego czytałem – jak na moje wzrokowe możliwości – od 5 do 10 stycznia włącznie. W tym czasie zapowiadano nad Zatoką Pucką oraz tutaj, gdzie jestem, czyli Jeszcze dalej niż Północ, różne pogodowe szaleństwa. Ja jednak dzień w dzień spacerowałem nad Zatoką Pucką, niekiedy przy sztormowej pogodzie (co obrazuje załączone zdjęcie) szukając wzorem bohaterów Lotnicha bursztynów. Niestety, tutaj nawet po sztormie, bursztynów nie uświadczysz.
