Motto:
„Tak jak blask słońca wypełnia i przenika przez witraż,
nie uszkadzając go,
i przebija jego solidną formę z niedostrzegalną subtelnością,
nie raniąc przy wchodzeniu ani nie niszcząc przy wychodzeniu,
tak samo słowo Boże, blask Ojca,
weszło do dziewiczej komnaty, a następnie wyszło z zamkniętego łona”.
Bernard z Clairvaux (1090-1153)
Zaiste, za oknami ostatnia niedziela Adwentu, a w powietrzu… marzec z temperaturą plus 10 stopni Celsjusza. Zimy zatem, nie wspominając nawet o śniegu, nie ma co wyglądać. Przedziwne zatem – i temperaturowo, i klimatycznie, i pod każdym innym względem – będą te tegoroczne święta Bożego Narodzenia. No ba! można by powspominać jakie to niegdyś zimy, grudnie i Boże Narodzenia bywały.
Wspominałem już o tym nie raz, ale co dobre nie dość o tym. Nade wszystko nie było tych absurdalnych, wręcz durnych jarmarków bożonarodzeniowych w Adwencie, nie było głupiego „opłatka” i śpiewania kolęd w Adwencie. To znaczy – od razu się sumituję – nie mam nic przeciwko jarmarkom, w tym bożonarodzeniowym. Ludzieee!… jednak nie w Adwencie! Przecież czas na taki jarmark, to okres Godów i w ogóle karnawału. Tymczasem dmie się do 23 grudnia balon do granic absurdu, z jakąś zupełnie wyświechtaną, i wtykaną gdzie tylko się da, „magią świąt”, a potem z owego balonu nagle zostaje wypuszczona owa „magia”, gdy tak naprawdę Magia zaczyna się 24 grudnia, czyli w Wigilię zakończoną Pasterką. I aż do Trzech Króli trwa najpiękniejszy czas Bożego Narodzenia.
Albowiem dawniej na Boże Narodzenie się czekało. Choinkę się stawiało i ją stroiło w Wigilię. A teraz jakieś „święta” z dętą „magią świąt” zaczynają się już w październiku. Choinki stawia się na początku grudnia. W Adwencie ludziska łamią się Opłatkiem i śpiewają kolędy. Słowem absurd na absurdzie.

No i Przyroda, Natura jakby nie chciały zaaprobować tych absurdów, bo robi fikołka z marcem w grudniu.
A pamiętam, że dawniej zawsze gdzieś tak w okolicach urodzin moich Rodziców (7 grudnia moja Mama, 9 grudnia mój Ojciec) zaczynało sypać śniegiem. Z początku tylko z pięć centymetrów, a na samo Boże Narodzenie dosypywało i do pół łydki. I, oczywiście, pojawiał się mrozek. Z początku jakieś minus pięć stopni Celsjusza, a w samo Boże Narodzenie bywało i z minus piętnaście. Przerwa zimowa w szkole trwała bodajże od 22 grudnia do 10 styczna włącznie.
(Nie było takich absurdów jak dzisiaj, że po przewie świątecznej dzieci idą na tydzień do szkoły i zaraz potem mają dwutygodniową przerwę międzysemestralną. No i rzecz jasna ani zamieć, ani nawet dwudziestostopniowy mróz nie były żadną przeszkodą, by nie iść do szkoły. Ja miałem dwa kilometry do szkoły i chodziłem codziennie piechotą bez względu na pogodę. A dzisiaj ledwo lekko przymrozi już zaczyna się trąbienie, że „zima atakuje” i „wkraczają arktyczne mrozy”).
Podczas przerwy świątecznej czas spędzało się na dworze, na sankach i na łyżwach. Ja sam, kiedy połknąłem łyżwiarskiego bakcyla, to na lodzie spędzałem niemal całe dnie. A potem był powrót do domu, zdarzało się, że już przy Księżycu. Bajko ty moja: śnieg skrzył się jak najprawdziwsze diamenty, granatowe niebo było usiane nie mniej pięknymi diamentami gwiazd. Przez pola szło się ciężko, bo śnieg był kopny, sięgający nawet do kolan. Już z daleka widziałem światełka mojego domu. W sieni zdejmowałem buty, przedtem otrzepawszy ze śniegu i wchodziłem w jasną, ciepłą przestrzeń mieszkania, wypełnioną zapachem choinki, piernika, w ogóle świąt. Przytulałem się do gorącego pieca. W sąsiednim pokoju rodzice siedzieli z gośćmi. Brat czytał jakąś książkę. W pewnym momencie pojawił się nasz kot, który domagał się by go pogłaskać… Takie to były moje Boże Narodzenia, z oczywiście Wigilią, Pasterką, i mszą w każdy dzień świąt. A dzisiaj, cóż, jestem… „chorutki”, więc nawet te słowa piszę z wielką niechęcią i w ogóle do pisania muszę się przymuszać.
A to określenie „chorutki” po raz pierwszy usłyszałem, gdy przed laty wracałem z sanatorium w Iwoniczu Zdroju. Samo uzdrowisko położone jest w Beskidzie Niskim, który jako żywo przypomina okolice Gdyni Dąbrowy albo miejsce, gdzie aktualnie przebywam, czyli Jeszcze dalej niż Północ. Z Iwonicza wracałem, przez Krosno i Tarnów, autobusem do Krakowa. Tu miałem sleeping z miejscówką do Gdańska. (W latach dziewięćdziesiątych XX wieku nie kursowało jeszcze pendolino, więc pociąg z Krakowa do Gdańska wlókł się całą noc). Przedział miałem dwuosobowy z tym, że zarezerwowałem sobie dolne miejsce. W pewnej chwili wszedł jakiś jegomość w średnim wieku, w okularach, nieco przy sobie i zobaczywszy, że ma górną pryczę, spojrzał na mnie błagalnie i powiedział: „dobry człowieku, jestem cały chorutki, więc gdybym mógł cię ubłagać i gdybyś mógł się zgodzić odstąpić mi dolne łóżko, to bardzo cię o to proszę, bo wiesz, jestem chorutki”. No cóż, na takie dictum ustąpiłem miejsca na dolnej pryczy owemu jegomościowi. I teraz, gdybym miał jednym słowem opisać, bez wdawania się w szczegóły (bo kogóż to zainteresuje) mój aktualny stan zdrowia. Też napisałabym, że jestem… „chorutki”.
Ponoć pisarze, poeci, artyści, gdy też dopadło ich „chorutkowanie”, opisywali swój stan z dnia na dzień, niemal godzina po godzinie. Widocznie z nimi nie było aż tak źle, jeśli chciało im się pisać. Mnie się już nie chce.
Zresztą: komu to potrzebne, kto to będzie czytać? Każdy sam musi zmagać się sam, w samotności, ze swoimi problemami zdrowotnymi i nikt mu w tym nie pomoże. Tak samo, jak każdy musi sam(!) umrzeć. Nikt za nikogo nie umrze. W samotności się rodzimy i w samotności odchodzimy. To co trwa przez chwilę między narodzinami, a śmiercią nazywa się… życie.
Żyje się z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Jest 23 grudnia Anno Domini 2025. Jeszcze parę godzin, a klapnie rozdymany do granic absurdu balon z „magią świat”. Bo już jutro zaczyna się istota świąt Bożego Narodzenia, czyli Wigilia, najpiękniejszy dzień w roku. Żeby jednak chociaż spadło – jak dawniej – trochę śniegu. Żeby – przynajmniej – trochę bielą… „pocukrzyło”.
Na moim biurku i stoliku nocnym piętrzą się wypożyczone i kupione, a także otrzymane od Mikołaja, książki. Niestety, odkładam jedną po drugiej, bo najzwyczajniej nie nadają się do czytania. Bo albo treść jest tak miałka, albo czytałem gdzieś po wielokroć, albo styl, język są tak nieudolne, często pokraczne, że zastanawiam się czy w ogóle przy wydawaniu tych książek był redaktor i korektor. Pozostaje zatem klasyka i książki składane jeszcze metodą tradycyjną, przed erą komputerową. Ot, bowiem zamówiłem sobie u Mikołaja „ekskluzywne”, czy też „galowe” wydanie Chłopów Reymonta z, a jakże, barwionymi brzegami. (Bo teraz szczególnie w masowo wydawanych współczesnych powieściach, sagach itd. nieważna jest treść, nieważny jest styl, lecz tylko i wyłącznie… „barwione brzegi”). Coś mnie jednak tknęło, uprzedziłem Mikołaja i otworzyłem w księgarni paczkę z niedostarczoną jeszcze książką. Ci „ekskluzywni” Chłopi okazali się potwornie wielką księgą i, najgorsze, z tak malutką czcionką, że trzeba by ją czytać chyba w specjalnym fotelu z lupą w ręku. Po co mi zatem takie edytorskie dziwadło?
Aby przetrwać ten czas „chorutkowanie” pasjonuję się a to Plus Ligą kibicując nieźle dającą sobie radę w tym sezonie Treflowi Gdańsk, a nade wszystko mojej ulubionej drużynie tj. Aluron CMC Warta Zawiercie, która w Klubowych Mistrzostwach Świata w Belem (prawie na Równiku), właśnie wywalczyła brąz. No cóż, gdyby terminarz rozgrywek był nieco inny, zapewne szybko zniknąłby ten drwiący uśmieszek z ust Antoine Bizarda z Osaki Bluetonu. A i tak drużyna z Japonii w finale „umoczyła” i nasz Kamil Semeniuk z Sir Sicoma Monini Perugia zdobył złoto.
No i oprócz lektur czas mi wypełnia oczekiwanie na otwarcie w Gdyni IMAXA. Zapewne pójdzie na pierwszy ogień najnowsze dzieło Jamesa Camerona, czyli Avatar: Ogień i popiół, (Avatar: Fire and Ash – 2025), 197 min. Aż wierzyć się nie chce jak bardzo Kino technologicznie „poszło do przodu”. (A tak nawiasem jestem bardzo ciekaw kiedy technologia rozwinie się na tyle, że zostaną skonstruowane aparaty słuchowe, które będą zapewniać [!] rozumienie mowy?). Prawdę mówiąc kilka lat temu bez żalu opuszczałem kinopleksy, ponieważ zamiast „świątyń sztuki” przekształciły się w bary połączone z dyskotekowym łomotem okraszonym oślepiającymi (i ogłupiającymi) efektami świetlnymi, które ponoć były (są!) filmami. Kino bowiem bywało sztuką, teraz jest wyłącznie rozrywką. Na najbliższego jednak Avatara się wybiorę, ponieważ przed technologicznymi dokonaniami Jamesa Camerona, i przed nim samym, można tylko powiedzieć… chapeau bas!
Nie wiem jak to się stało, że odkryłem w streamingu… seriale. Nie, nie: nie oglądam wszystkich „jak leci”. Jestem bowiem kinofilem z długim – i jeszcze dłuższym – stażem i już po pierwszych scenach, po pierwszej sekwencji, wiem czy: dzieło nadaje się do obejrzenia, czy też raczej szkoda czasu. I tak samo jak współczesnej produkcji literackiej 99% (chyba jednak 99,99%) nie nadaje się do lektury, tak samo jest i w sztuce filmowej. Zachwycałem się zatem serialem Yellowstone (5 serii, 53 odcinki), potem Peaky Blinders (6 serii, 36 odcinki) a teraz mnie zajmuje Homeoland (8 serii, 96 odcinki). Jestem dopiero w połowie odgadania Hoemeolandu i doprawdy żaden film fabularny od dawna, bardzo dawna mnie tak nie zachwycił. Jest tu wszystko co w Kinie najlepsze. Doprawdy, jestem pełen uznania dla scenarzystów, aktorów i realizatorów. Te nasze seriale, które obejrzałem z kinofilskiego obowiązku, to „cienkie bolki” w porównaniu w wyżej wymienionymi dziełami.
A tymczasem od rana trwa już Wigilia. Jest słonecznie, grzeczny mrozek, czyli minus trzy stopnie Celsjusza. Brakuje tylko śniegu i… nastroju. Dawniej czuło się wielkie oczekiwanie, jakąś wielką radość, napotykało się ludzi uśmiechniętych, jakby lekko zaniepokojonych albo wzruszonych tym, co ma się, stać. Teraz każdy gdzieś przemyka z ponurą twarzą, nawet nie odburknie zdawkowym „wesołych świąt”.
21-24 grudnia 2025 r.
PS. Zapisek ten postanowiłem okrasić wczesnorenesansowym Zwiastowaniem (De annuciatie) 1480-1489, Hansa Memlinga 1435-1494.
