ANDRZEJ JANUSZJTIS 18 VIII 1928 – 22 I 2026 (wspomnienie)

Motto:

Zapatrzony na las cały skryty w kopnym śniegu zapyta:

„Gdzież to zawędrowaliśmy? Gdzie jesteśmy? Nikt nie wie?

Może tylko On, który nas tu przywiódł, aby – właśnie nam? –

jeszcze raz pokazać… że jest. Że bez niego nic nie może się obyć?

Bez niego i naszego, w tym stworzeniu, udziału?”

 

Dyptyk zimowy

z Georgiem Philippem Telemannem

Epizod pierwszy

Chodź, pójdź za mną…

 

 

Widomość o śmierci Profesora Andrzeja Januszajtisa dotarła do mnie, gdy szedłem piechotą brzegiem zmrożonej plaży z Jastarni do Helu. To był piękny, zimowy dzień, ze Słońcem, lekkim mrozem tak około minus pięć stopni Celsjusza, ale za to kąśliwym wiaterkiem ze Wschodu, tak że temperatura wydawała się niższa. Przeczytałem otrzymanego SMS-a i zrobiło mi się nagle przeraźliwie smutno, bo przecież Profesora znałem, od czasu do czasu telefonowaliśmy do siebie. A nade wszystko Profesor był autorem recenzji mojego tomika pt. Sonata obojowa. Poprowadził także spotkanie promocyjne tej książki, ale o tym, nieco szerszej, za chwilę.

A zatem stałem patrząc na wzburzone, prześwietlone Słońcem fale Bałtyku i pomyślałem, że Profesor spaceruje już gdzieś pośród zórz polarnych, które pojawiały się w ten czas na nocnym niebie. (W Jastarni ci, którzy wychodzili nocą coś tam dostrzegali. Dla mnie jednak było zbyt zimno. Za to w Internecie jest wiele zdjęć zorzy polarnej, która ukazywała się nad Półwyspem Helskim i w okolicach).

Zanim napiszę o tym jak poznałem Profesora może tradycyjnie, jak to u mnie, kilka zdań wstępu. Albowiem jako młody literat dość aktywnie uczestniczyłem w życiu literackim Gdańska. Bo w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku trwał w Gdańsku tzw. „boom poetycki”. Bardzo jednak szybko zorientowałem się, że albo będę popijał, biesiadował i udawał jeszcze jednego „przeklętego” poetę, albo skupię się na tym, by coś sensownego napisać. (A debiutowałem i w prasie literackiej, i w Wydawnictwie Morskim jako prozaik, autor opowiadań). Przestałem zatem chodzić na spotkania autorskie młodych poetów, bo była to tylko starta czasu. Ani bowiem wtedy, ani do dziś w Gdańsku nie powstało ani jedno arcydzieło literackie czy to poetyckie, czy prozatorskie. (O! Zbigniew Żakiewicz pisał znakomite rzeczy, ale któż o nim dzisiaj pamięta?).

Przestałem więc uczestniczyć w życiu kulturalnym Gdańska, ale za to chętnie wybrałem się któregoś razu na spotkanie autorskie z Profesorem Andrzejem Januszajtisem. Po spotkaniu podszedłem do Profesora, zaczęliśmy rozmawiać o jego książce. W pewnej chwili zapytałem go, czyby nie napisał jakiejś opinii lub recenzji o przygotowanym wtedy do wydania tomiku pt. Sonata obojowa z podtytułem Wybór liryków.

Profesor zgodził się i napisał taki oto tekst, który jest załączony do Sonaty obojowej:

 

„We współczesnej poezji można zaobserwować wiele nurtów, ale jedno wydaje się przeważać: generalne odejście od rymu i rytmu, od śpiewności i muzyczności, od subtelnej nastrojowości wiersza. Podobnie jak we współczesnej plastyce czy architekturze, czasem nawet muzyce, pokrywa się nierzadko brak talentu skłonnością do szokowania brutalnością wypowiedzi, dziwacznością, erotyką, która ociera się o pornografię.

Na tym nieco mętnym tle jaśnieją nieliczne gwiazdy pierwszej wielkości, prawdziwi poeci, którzy nie muszą szokować, żeby zaistnieć, bo umieją połączyć piękną formę ze wzruszającą treścią – którzy po prostu mają coś do powiedzenia.

Nie potrafię stwierdzić, czy Jan P. Grabowski już jest na tym poetyckim panteonie, ale z pewnością jest na najlepszej drodze, by się tam znaleźć. Jego pokaźny literacki dorobek (12 pozycji!) jest nacechowany najczystszą liryką, nastrojowością i refleksyjnością, urzeka klarowną formą i pobudza do zastanowienia nad pięknem świata i sensem życia.

Ten sam urok i głębię wyrazu znajdujemy w przygotowanej do wydania Sonacie obojowej. Jest to wybór liryków z lat 2000-2002, uzupełniony prozą w postaci złożonego z czterech epizodów Kwartetu malborskiego.

Niezwykła wrażliwość pobudza Autora do ciągłego zachwytu nad otaczającą przyrodą, śpiewem ptaków, barwami pór roku, miękkością trawy, zapachem kwiatów. Wraz z nim chłoniemy zmysłami świeżość poranka i barwy zmierzchu, a w nocy rozpoznajemy konstelacje gwiazd i próbujemy odgadnąć Nieodgadnione.

Dodatkowym walorem tych utworów jest ich osadzenie w przestrzeni: mimo że w zasadzie brak w nich realistycznych opisów Gdańska i jego okolic, czy Malborka, w którym Autor się urodził i wychował, podświadomie czujemy, że mogły powstać tylko tutaj. Jest w nich klimat, są barwy i światło naszego regionu. Jest też, mimo często formułowanej eschatologicznej niepewności, głęboka wiara i wdzięczność dla Stwórcy, który obdarzył nas pięknem tego świata. Jedynie czego można życzyć Autorowi, to zdobycia się od czasu do czasu na odrobinę dramatyzmu, która urozmaiciłaby jednolity ton jego pięknych wierszy.

Sonatę obojową Jana P. Grabowskiego przeczytałem z wielką przyjemnością. Jej szybkie wydanie byłoby pożyteczne i pożądane. Potrzebujemy pięknych i mądrych dzieł, by nie utonąć w zalewie atakującej ze wszystkich stron ordynarnej tandety plastycznej, muzycznej i poetyckiej.

doc. dr inż. Andrzej Januszajtis, Wrażenia, spisane na gorąco, po lekturze maszynopisu Sonaty obojowej Jana P. Grabowskiego. Gdańsk, 20 sierpnia 2002 r.”.

(Książka zawierająca 166 stron została wydana w 2003 r. przez Wydawnictwo Diecezji Pelplińskiej „Bernardinum”. Wstęp do niej napisał Ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz, a sponsorem wydania była Bazylika Mariacka w Gdańsku).

 

Profesor Andrzej Januszajtis poprowadził także promocję Sonaty obojowej. Odbyła się ona 10 czerwca 2003 r. w Sali Koncertowej XVIII-wiecznego Domu Uphagena Muzeum Historii Miasta Gdańska. Wiersze wtedy czytali: Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis, aktorzy Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku. Oprawę muzyczną przygotowały solistki Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis: Elżbieta Michalik – obój, Aleksandra Stam-Grzywacz – obój i Elżbieta Kulińskiej – szpinet.

Podczas promocji otrzymałem od Wojewody Pomorskiego medal Sint Sua Praemia Laudi… „z okazji 25-lecia pracy twórczej”. (Jest to medal, który przyznaje Wojewoda Pomorski osobom lub organizacjom za wybitne zasługi dla Województwa Pomorskiego. Ach! Któż tego medalu nie otrzymał).

Pamiętam jak Profesor za każdym razem uśmiechał się, nazywając mnie… „jubilatem”.

Tadeusz Serocki kiedyś wspomniał, że… „promocje Grabowskiego odbywają się z… pompą”. Otóż było to dla mnie wielkie zaskoczenie, gdyż nawet nie myślałem o jakiejkolwiek… „pompie”. Po prostu uważałem (i dzisiaj mam taki sam pogląd), że spotkania autorskie i promocje polegające na tym, że autor siada i duka do mikrofonu te swoje wiersze, są bez sensu. Wolałem zawsze przygotować „mały spektakl poetycki”. Bo mawiałem, że jako autor już swoje napisałem. I niech teraz aktorzy, wespół z muzykami też dołożą swoją interpretację. Przy czym nigdy nie upierałem się, by aktorzy mówili słowo w słowo, mój tekst. Bo – jak powiedział kiedyś aktor Jarosław Tyrański, także mówiący moje wiersze – „tekst musi zmieścić się w gębie”.

Tytuł Sonata obojowa jest wynikiem mojego zafascynowania możliwościami muzycznymi instrumentów z podwójnym stroikiem, w tym nade wszystko obojami i rożkiem angielskim. Bo kiedy przyniosłem Sonatę obojową do Cappelli Gedanensis, z którą byłem zaprzyjaźniony, ówczesna pani dyrektor, gdy zobaczyła książkę powiedziała: „Jeśli promocja Sonaty obojowej, to muszą być i oboje. Przynajmniej dwa”. I były dwa, zarówno podczas promocji 10 czerwca 2003 r. w Gdańsku, jak i 23 października tego samego roku w Malborku na Zamku, w Sali Siedmiofilarowej.

A podczas w. wym. promocji w Gdańsku, prowadzonej ze swadą i humorem przez Profesora Andrzeja Januszajtisa, zdarzyło się pewne humorystyczne przejęzyczenie.

Otóż Halina Winiarska, wspaniała interpretatorka moich wierszy czytała utwór pt. Dyptyk zimowy z G. Ph. Telemannem.

Rzecz dzieje się w lesie. Podmiot liryczny idzie z Przewodnikiem przez… „kopny śnieg” (kopny, czyli tak po kolana, że jak się idzie, to trzeba go… „kopać”). Winiarska przeczytała wówczas : „zapatrzony na las cały w konopnym śniegu, zapyta…”. Siedzący obok Winiarskiej Jerzy Kiszkis (także znakomity interpretator moich wierszy), szepnął wówczas scenicznym szeptem: „stara, co ty czytasz”?

Wspaniale wówczas zareagował prowadzący promocję Profesor Andrzej Januszajtis mówiąc mniej więcej te słowa: „Oto mamy przykład inwencji poetycko-aktorskiej. Bo okazuje się, że śnieg może być nie tylko „kopny”, ale również „konopny”, a więc jak… konopny sznur, czyli lekki, łatwy do formowania, lekko „kudłaty”).

W jakiś czas potem, i w innym miejscu, podczas jakiejś uroczystości, gdy siedzieliśmy przy stole i „biesiadowaliśmy” ktoś mnie głośno zapytał: – „Co jakiś docent od zegarów ma wspólnego z twoimi wierszami, przecież on się zna tylko na zegarach”. Odparłem wówczas mówiąc – „Pan Profesor Januszajtis, ma wszechstronne zainteresowania związane z m.in. gdańską kulturą, to niewątpliwy autorytet w wielu dziedzinach. Poza tym jest pisarzem, napisał wiele intersujących książek. A jest taki zwyczaj, że jeden literat pisze drugiemu recenzję, ponieważ podoba mu się tekst autora, albo tego autora zwyczajnie lubi”. Riposty już nie było.

Byłem z Profesorem w kontakcie telefonicznym. Któregoś razu zatelefonowałem do niego i zapytałem jak się czuje, co słychać. Odpowiedź, którą mi udzielił pamiętam dokładnie do dziś: – „Mam ciężką grypę, ale na trzy dni skoczę do Amsterdamu z wykładami na temat historii Gdańska. Mam zaproszenie, więc muszę jechać”. Właśnie szczególnie zapamiętałem te słowa, o „ciężkiej grypie” i o wywiązaniu się z zaproszenia. Być może Profesor już był po owej „ciężkiej grypie” i nie wiem, czy to był akuratnie Amsterdam, ale to, że chciało mu się „skoczyć na trzy dni” (a miał wówczas siedemdziesiąt pięć lat) i jeszcze wykładać, to… chapeau bas!

Nie mam zdjęć z tej promocji, którą prowadził w Gdańsku 10 czerwca 2003 r. Profesor Andrzej Januszajtis. Nie mam także zdjęć z promocji w Malborku. Jakoś wtedy nie pomyślałem, że spotkania autorskie i promocje książek można by fotografować. Być może ktoś gdzieś tam jakimś aparatem coś pstryknął. A zdjęcie, które załączam wziąłem z Internetu.

24-25 stycznia 2026 r.

PS. Być może komuś nie będzie odpowiadała forma tego wspomnienia, ale tak właśnie Profesora Andrzeja Januszajtisa zapamiętałem i tak będę go wspominać.

Poniżej załączam utwór Dyptyk zimowy z Georgiem Philippem Telemannem, o którym jest mowa w tym wspomnieniu.

 

 

DYPTYK ZIMOWY

 Z GEORGIEM PHILIPPEM TELEMANNEM

 

Epizod pierwszy

 

CHODŹ, PÓJDŹ ZA MNĄ…

 

 

Chodź, pójdź za mną, zostaw

duszną klatkę swojego mieszkania.

W nim Niespotykane już się nie wydarzy. Jeszcze raz,

co najwyżej, w okno jasne spojrzysz,

aby odnaleźć tutaj – swoje, stąd – marzenia. Albo dnie,

co przyjdą. I staną się podobne jeden do drugiego.

 

Wejdźmy, zatem – co prędzej – w krajobraz zimowy.

To w nim, nie w liryku, spełni się poezja bez słów.

„Boże mój, aleś tu się napracował” – powie,

przystając, mój przewodnik podczas tej wędrówki.

 

Zapatrzony na las cały skryty w kopnym śniegu zapyta:

„Gdzież to zawędrowaliśmy? Gdzie jesteśmy? Nikt nie wie?

Może tylko On, który nas tu przywiódł, aby – właśnie nam? –

jeszcze raz pokazać… że jest. Że bez niego nic nie może się obyć?

 

Bez niego i naszego, w tym stworzeniu, udziału?”

 

Co krok zatem, a świata ze śniegu i bieli stwarzanie.

Co krok także, a coraz bliżej Nieuniknionego jesteśmy.

 

Przed nami, na wskroś lasu, jeszcze jedna ścieżka.

Stary, z drągów i gałęzi, mostek nad strumieniem rzucony.

Zaraz potem jar. Nad nim kilka drzew złamanych

po ostatniej wichurze. Przysiadamy – na jedną chwilę,

tyle, by odpocząć – na ściętym pniu buka, nieco już zdrożeni.

 

I wtedy wszędzie:

w nas, tuż obok, razem z nami się staje,

rozprzestrzenia, rozbrzmiewa…

– w długooddechowych, ekspresyjnych frazach –

adagio z koncertu G-dur na obój

mistrza Telemanna. Słuchamy lasu.

Oddychamy z nim razem. I wtedy wiem,

że jeszcze tu jesteśmy. Wiem, że jeszcze żyjemy.

 

Jakże stąd daleko do codziennych: spraw, zdarzeń, wymiarów.

 

 

 

DYPTYK ZIMOWY

 Z GEORGIEM PHILIPPEM TELEMANNEM

 

Epizod drugi

 

KONCERT B-DUR MA TRZY OBOJE

 GEORGA PHILIPPA TELEMANNA

 

A kiedy przez śnieżne lasy z wędrówki wracamy

na słonecznym oboju gra dla nas południe.

Telemann wraz z nim na drugim oboju. A Tytus 

– na skrzydłach uniesienia – na oboju trzecim.

 

Bo to jest koncert dla Pana pisany. Na Jego chwałę,

a dla nas – na radość, na zachwyt nad światem. Nad tym,

że… w drodze ku Niemu wciąż jeszcze jesteśmy. W drodze,

której celu, ani przeznaczenia tak naprawdę nie znamy.

 

Albowiem ważnych jest tylko kilka chwil stąd,

gdy przed nami krok za krokiem południe się staje

jako w złocie, błękicie i bieli przeźrocze,

które potrwa tutaj tyle, ile w nim będziemy.

 

2000 r.