PRZEDZIWNA WIOSNA, ALBO: SKĄD WIEJE WIATR?

Przedziwna to wiosna. Wprawdzie rozkwitły drzewa, ale nie widać i nie słychać wiosennych ptaków. Gdzie podziały się kosy i ich pogwizdywanie o tej porze roku?

A poza tym co z tego, że prognozy pogody zapowiadają nad Zatoką Gdańską nawet +18 stopni Celsjusza, jeśli bezustannie dmie bardzo zimny wiatr jak nie z północy, to znowu z zachodu. Przy tym nawet ponoć najdokładniejsze aplikacje wiatrowe wcale nie są dokładne.

Nabrałem nawyku, że przed wyjściem z mieszkania zawsze sprawdzam zewnętrzną temperaturę, a nade wszystko: skąd wieje wiatr? I trasę ustawiam tak, aby mieć wiatr w plecy. Oto np. wczoraj, czyli 14 maja br. niby miało być +18 stopni Celsjusza, ale wiał tak okropnie zimny wiatr z zachodu, że część trasy musiałem odbyć tramwajem.

Może właśnie z tej przyczyny zauważyłem u przeważnie młodych ludzi nowy zwyczaj: już nie tylko ubrania w smolistą lub matową czerń, już nie tylko powyszarpywane (jak się okazuje bardzo drogie) jeansy, ale również chodzenie w kapturze na bejsbolówkę.

W drodze powrotnej zaszedłem do filii bibliotecznej na Chełmie. Ani Malewskiej, ani Parnickiego, ani Kossak–Szczuckiej, ani literatury na podobnym poziomie nie uświadczysz. Za to zatrzęsienie „bestsellerów” współczesnych „pisarek”.

Wypożyczyłem Sylwii Chwedorczuk wydaną przez „Marginesy” w twardych okładkach książkę pt. Kowalska ta od Dąbrowskiej.

Pomyślałem, że sporo jest zapomnianych pisarek jak np. właśnie Anna Kowalska (1903-1969), Hanna Malewska (1911-1983), czy Helena Boguszewska (1886-1978) i chyba warto wobec potopu straszliwej współczesnej grafomańszczyzny, twórczość tych w. wym. pisarek sobie przypomnieć i lekturę ich książek odnowić. 

Pomijając poglądy Anny Kowalskiej, z którymi mi nie po drodze, była to utalentowana pisarka, w dodatku znakomicie wykształcona. (Która ze współczesnych polskich autorek „bestsellerów” np. biegle posługuje się językiem francuskim?).

To przedziwne i smutne zarazem, że przez badaczy literatury jest traktowana wyłącznie jako seksualna partnerka Marii Dąbrowskiej (1889-1965).

Jeśli nikt, oprócz może niektórych badaczy literatury, studentów polonistyki i czytelników jak piszący te słowa, nie czyta, nie pamięta o twórczości Kowalskiej, Malewskiej, Boguszewskiej, to co pozostanie po tym horrendalnym ogromie współczesnej „twórczości” pisarskiej?

Wracając jednak do książki pt. Kowalska ta od Dąbrowskiej, to zastanawiam się po co i dla kogo w aż twardych okładkach została ona wydana. Już bowiem wielokrotnie spotkałem się z bardzo starannie wydanymi pod względem edytorskim książkami, które… nie nadają się do czytania ze względu na nonszalancki, czyli byle jaki styl.

Bardzo często również zastanawiam się brnąc przez taką czy inną książkę o pisarzach lub pisarkach, czy jej autorka w ogóle przeczytała, to co napisała przed oddaniem książki do druku. A zupełnie inna sprawa to czy współcześnie wydane książki mają tzw. redakcję oraz korektę?

No bo cóż myśleć o takim oto fragmencie z Kowalskiej tej od Dąbrowskiej:

„Z lektury dziennika, a także ze sporadycznych późniejszych odwołań do tamtych zdarzeń, zapisanych w dzienniku dojrzałej Anny, wynika, że jej zauroczenie Marią Jarosiewicz wykroczyło poza powszechnie akceptowane sfery, płeć, różnicę wieku oraz role, jakie obie – uczennica i nauczycielka – zobowiązane były odgrywać. Zamiast jednak wesprzeć zagubioną dziewczynkę, dorośli dali sobie prawo do przekroczenia granic intymności dziecka i bezpardonowo wkroczyli w świat jego uczuć, tłumacząc sposób, w jaki to zrobili, troską o jego dobro”. (wytłuszczenia moje).

Zaledwie dwa zdania i aż trzy(!)… „wykroczenia”, „przekroczenia”, „wkroczenia”. (Aż korci by znowu przypomnieć, że według Słownika Języka Polskiego występuje rym: „wkracza okracza sracza”).

Niewiele, powiedzmy prawdę: nic w tej książce nie ma o pisarstwie Anny Kowalskiej. Za to jest przedstawiona wyłącznie jako lesbijka. To bardzo „modny” temat. Uważam, że takie czy inne upodobania seksualne pisarzy i pisarek to ich osobista, indywidualna, intymna sprawa. Liczą się bowiem książki, które napisali, a nie czy pisarz lub pisarka byli „dewiantami seksualnymi”, pijakami, ślepymi, głuchymi, kulawymi itd.

Gdybym był na miejscu Marii (Tuli) Kowalskiej albo kimś z rodziny Anny Kowalskiej, to pewnie zaprotestowałbym przeciwko takiemu wizerunkowi matki, autorki  m.in. głośnej Szczeliny.

Tula ma 75 lat, więc jest moją rówieśnicą, mam nadzieję że ma się dobrze. (W Internecie nie mogłem znaleźć dokładniejszych informacji na jej temat).

Z perspektywy owych 75 lat (nie wszystko już bowiem się chce), mogę ze swojego bardzo negatywnego doświadczenia dodać, że wszelkie protesty przeciwko nieprawdziwym informacjom, pomówieniom, zniewagom zdają się teraz na nic. Obowiązuje bowiem: samowola, widzimisię, odwlekanie spraw (literackich i wydawniczych) od calendas graecas a potem ich pod byle pretekstem  utrącanie. Przetestowałem już to po wielokroć.

Nie sprawiają mi satysfakcji nawet wybrane lektury. W sztuce filmowej jest tak samo. Wszystkie – także wybrane – filmy, jakie próbowałem oglądać w maju na Netflixie otrzymały tę samą moją ocenę jako kinofila z długim – i jeszcze dłuższym – stażem, że są: „do niczego”.

Jedynym wartym oglądania jest serial Prawnik z Lincolna (The Lincoln Lawyer – 2022, 1 sezon), reż. Brad Furman, jako Angeles Mickey Haller występuje Manuel Garcia-Rulfo, który jako żywo przypomina mi znajomego M.

Serial Prawnik z Lincolna (prawidłowo powinno lincolna małą literą, bo chodzi tu przecież o markę samochodu). No cóż, na bezrybiu i rak ryba.

15 maja 2022 r.

PS

Sprawdziłem w gdańskich bibliotekach obecność książek Anny Kowalskiej. Jest gorzej niż beznadziejnie.