„DOBRA POLSZCZYZNA, DOBRA SŁYSZALNOŚĆ”

Motto:

 

„Kiedy czasami wracaliśmy z Rysiem Nawrockim do garderoby,

to patrzyliśmy w górę, w niebo, i mówimy,

że tam na górze Dejmek już chyba zwariował, słuchając,

jak aktorzy na scenie mówią.

Przecież to absolutna potoczność! Co oni właściwie mówią?!”

 

Gołas, Agnieszka Gołas,

Wydawnictwo Marginesy, 2015, s. 218

 

 

Ostatnio w ręku miałem kilka książek, ba! nawet niektóre przeczytałem. Od bowiem pewnego czasu usilnie szukam prozy, która nadawałaby się do czytania. Po Zofii Kossak-Szczuckiej, której książki z największym ukontentowaniem przeczytałem niemal wszystko, po arcydzielnej Soli ziemi Józefa Wittlina, po m.in. Roku 1794 Władysława Reymonta, cokolwiek wezmę do czytania „to jest nie to”, albo w ogóle nie nadaje się do czytania.

Dwa lata temu czytałem sobie wakacyjnie Johna Grishama. Jedna powieść nawet mi się podobała. Pozostałe są, moim zdaniem, średnie lub wręcz słabe. Po nieciekawej Wyspie Camino, zaintrygowała mnie jednak najnowsza książka Grishama Wichry Camino, reklamowana jako kolejny bestseller. Nawet tę powieść kupiłem, choć przyznam, że wydaję pieniądze na książki bardzo rzadko, coraz rzadziej. I, oczywiście, znowu się nabrałem. Bo nie ma w niej ani ciekawej intrygi, ani treści, nie wspominając już o stylu, który jest beznadziejny. A tłumaczenie polskie z przerażającą ilością „Ale…” na początku zdań jest najzwyczajniej nieudolne. A poza tym ileż można „powodować”? A ponadto ileż razy można pisać, że było „mnóstwo” pieniędzy, „mnóstwo piwa”, „mnóstwo” tego i owego? „Powieść ta kończy się następująco: „Zamówili kolejny dzban piwa”. Wichry Camino jest dowodem na to jak i autor, i wydawca, i tłumacz robią „dzbana” z czytelnika.

Nie koniec jednak „dzbanów”. Bo oto dałem z siebie jako czytelnik zrobić „dzbana” sięgając po nagrodzoną Europejską Nagrodą Literacką powieść pt. Rzeczy, które spadają z nieba fińskiej pisarki, która nazywa się Selja Ahava. Po jakiejś jednej czwartej lektury zwyczajnie nie dałem rady dalej czytać, ponieważ jest to tak beznadziejne pod każdym względem, że także nie nadaje się do czytania. Za co zatem ta „EU Prize for Literature”?

Ze swoich kłopotów czytelniczych zwierzyłem się któregoś razu W., który jak zawsze podsumował ten temat: „No, bo ty Janku chciałbyś czytać tylko arcydzieła”. Po czym poradził mi abym sięgnął jeszcze raz do… Żeromskiego, a najlepiej zacząć od Walki z szatanem. Usłuchałem W., wypożyczyłem nawet trzy tomy i… także nie dałem rady. Niby to napisane po polsku, ale jakaż ta polszczyzna Żeromskiego dziwaczna, zupełnie jakby autor pisząc, tłukł jakieś kamienie. Nie, nie. Daleko Żeromskiemu do Reymonta, nie wspominając o Kossak-Szczuckiej.

Mając zatem dość prozy artystycznej sięgnąłem po… biografie. Na pierwszy ogień poszła książka Agnieszki Gajos o swoim ojcu pt. Gajos. I tu wielkie zaskoczenie: niewiele wprawdzie nowego dowiedziałem się o Gajosie jako aktorze, lecz za to książka jest ładnie napisana po polsku, bez nawet jednego „Ale…” na początku zdania.

Podobały mi się niektóre fragmenty tej książki dotyczące zwłaszcza polszczyzny. Oprócz bowiem zacytowanego na początku tego zapisku jako motto, chciałbym przytoczyć jeszcze jeden dotyczący występów Gajosa i Nawrockiego w Teatrze Polskim w Warszawie. Oto ten fragment:

„Agnieszka Gajos – Czy to jest jedynie tęsknota za tradycją, czy bardziej szacunek dla widza?

Ryszard Nawrocki – To jest kwestia szacunku. Pracuję w tym teatrze od trzydziestu siedmiu lat. Zawsze nam zarzucano, że to teatr akademicki, a ja się pytam: »A co w tym złego«?. Dobra polszczyzna. Dobra słyszalność. Teraz, kiedy wyjdę na widownię, nie słyszę połowy tego, co mówią aktorzy. Nie trzeba krzyczeć, wystarczy na tyle wyraźnie mówić, by widz słyszał. Dawniej było to oczywiste, ale, niestety, dziś już nie”.(s. 255-256).

„Dobra polszczyzna, dobra słyszalność” – powtarzałem sobie oglądając najnowszy serial Jana Holoubka pt. Rojst’97. Przecież w tym beznadziejnym serialu, który jest nie wiadomo o czym, nie ma ani jednego(!) zdania bez „chuja”, „kurwy”, czy „pierdolenia”. Bo te sześć(!) godzin „pier…nia” o niczym  można by zmieścić w jednym stuminutowym (no, niech będzie sto dwadzieścia minut) filmie fabularnym. Pierwszy sezon Rojsta był nawet niezły, chociaż bluzgów w nim także nie brakowało. Drugi natomiast to jest kompletne dno pod każdym względem. Treść rozwleczona na sześć godzin, jakiś niepotrzebne wątki, które gmatwają i tak nieciekawą historię, wszystko dzieje się, oczywiście, po ciemku no i jeszcze ta lesbijska „miłość” między szkapowatą, o uśmiechu Fernandela sierżantką policji Anną Jass, a pindowatą Teresą Zarzycką.

Widocznie teraz „moda” na seriale o niczym, które rozwleczone do granic wytrzymałości widza, dzieją się przeważnie po ciemku. Myślę tu o walijskim sześcioodcinkowym „dreszczowcu” z 2018 r. pt. Requiem, reż. Mahalia Belo oraz jeszcze głupszym serialu islandzkim pt. Katla, reż. Baltasar Kormákura. (Czy „twórcy” Katli nic nie słyszeli o… Solaris Stanisława Lema?!).

Dosłownie, ręce opadają. Nie jest jednak aż tak źle z tą twórczością literacką i filmową, bo oto natrafiłem na naprawdę dobry film, który ujął mnie dosłownie wszystkim. A jednak można jeszcze kręcić wartościowe filmy. I potrafią to, jakżeby nie, oczywiście Amerykanie.

Bo Osierocony Brooklyn (ktoś wymyślił taki dziwaczny polski tytuł, to tak à propos „dobrej polszczyzny”, ponieważ oryginał to… Motherless Brooklyn. Film zupełnie nowy, bo z 2019 roku, trwa 144 min., lecz wcale się nie dłuży, a reżyseruje go i występuje w roli Lionela Essroga – Edward Norton. Partneruje mu jako Laura Rose prześliczna, a nade wszystko znakomita w tej roli Gugu Mbatha-Raw. Motherless Brooklyn jest i wzruszający, i śmieszny, i dramatyczny.

12 lipca 2021 r.

Ps. 1. Co dwa lata odbywa się w Gdańsku wydawnicze „szaleństwo” pod nazwą Europejski Poeta Wolności i na koszt podatnika są wydawane tzw. tomiki poezji. Zobaczyłem gdzieś leżące owe tomiki i kilka wziąłem. I jak zawsze nie znalazłem chociażby cienia poezji.

Ps. Przed szaleństwem olimpijskim (to już za tydzień), gdzie nasza ekipa jedzie jak zawsze „po medale”, a nie by zwyciężać, skończył się turniej w siatkę, a wczoraj w piłkę kopaną.

Siatkarze bardzo mnie rozczarowali przegrywając w decydującym meczu z Brazylią. Zresztą nie przepadam za tzw. grami zespołowymi. Zdecydowanie wolę lekkoatletykę.

A piłka nożna to kompletnie niepoważna gra i zawsze mnie dziwi, że wywołuje aż takie emocje. Obejrzałem niemal wszystkie mecze najnowszych mistrzostw Europy (UEFA Euro 2020). I czym, tu się zachwycać: obrzydliwym pluciem piłkarzy? A może kopaniną wszerz boiska? A poza tym ileż można patrzeć na piłkarzy łapiących się za głowę po nieudanym strzale oraz chwytających przeciwnika za koszulkę? A te ordynarne faule, złośliwe popchnięcia, łokcie… I to ma być sport? No i jeszcze te nieogolone gęby i oszpecone tatuażami ramiona.

Wygrali dopiero rzutami karnymi Włosi. Chyba stało się dobrze, bo to przecież drużyna składająca się z europejskich zawodników.