AGNOSTYK I NIEWIERZĄCY

Motto:

 

„Chciałem wyłączyć się z tego,

nie brać w niczym udziału,

»zobaczyć jak to jest« nie mieć

nigdzie wigilii i nie obchodzić świąt”.

 

Antoni Libera Godot i jego cień.

 

W dalszym ciągu jestem pod wrażeniem książki Antoniego Libery Godot i jego cień. Z jednej bowiem strony jest to książka o fascynacji polskiego tłumacza twórczością dramaturgiczną Samuela Becketta (1906-1989, Nobel w 1969 r.). Książka od razu trzeba przyznać rewelacyjnie, chociaż trochę kulawym stylem napisana.

(Ponieważ mnie osobiście bardzo drażni dość obficie obecne „Ale…” na początku nie tylko zdań, ale i akapitów. To jest jakaś mania, czy też wręcz pisarska ułomność owe „Ale…”.

Bolał nad tą ułomnością np. prof. Konrad Górski, który także nie mógł uwolnić się od owego „Ale…”).

Doprawdy, można być pełnym podziwu dla fascynacji Libery twórczością Becketta. Nie spotkałem się dotąd z tak dociekliwymi, drobiazgowymi i dokładnymi analizami czyjejś twórczości.

A poza tym ta swoboda w kontaktach, nie sprawiające większych trudności „przerzucanie się” z języka angielskiego na francuski. I odwrotnie. Który z polskich pisarzy swobodnie porozumiewa się w języku francuskim albo angielskim? Ja ani takich nie znam, ani o takich nie słyszałem.

Jakże poza tym osobiście zazdroszczę Liberze tego „włóczęgostwa” po Sztokholmie, Paryżu, Londynie, czy Nowym Jorku. To wspaniałe uczucie takie samotne „włóczęgostwo” po wielkich metropoliach. W swoim życiu czegoś podobnego doświadczyłem, ale nie chciałbym wymieniać nazwy tych metropolii ze zrozumiałych względów.

Po stokroć bardziej wolę lekturę takich książek niż współczesnych powieści. Od dłuższego czasu nie udało mi się bowiem żadnej powieści doczytać do końca. Ba! mógłbym powiedzieć, lekturę zazwyczaj kończyłem po kilkudziesięciu stronicach.

Lektura książki Godot i jego cień nie jest jednak łatwa. Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że byłem pierwszym czytelnikiem tej książki wypożyczonej w bibliotece PAN-u w Gdańsku. Nikt po tę książkę nie sięgnął przez dziewięć(!) lat.

To może również świadczyć o tym, że twórczością Becketta, mimo Nobla, nie interesuje się prawie nikt.

(Zresztą czy nasza ostatnia noblistka budzi w kimkolwiek jakiekolwiek czytelnicze emocje? Kilkakrotnie i ja „podchodziłem” do jej książek i bardzo, ależ to bardzo rozczarowany odkładałem lekturę.

O, co innego Czesław Miłosz. Jego eseje i wiersze trzeba mieć na co dzień pod ręką).

Wracając jednak do Becketta: nie spotkałem się osobą, która by widziała którąś z jego sztuk. Może i jest to genialny dramaturg, tylko komu w dzisiejszych czasach potrzebny jest jego skrajny pesymizm i „teatr absurdu”.

Czasy bowiem są straszliwie ciężkie, absurdy i to do niemal entej potęgi to teraz codzienność, a w kontaktach międzyludzkich dominuje skurwysyństwo, nikczemność, zakłamanie i obłuda.

Mnie natomiast co innego nie daje spokoju po lekturze książki Godot i jego cień. Otóż jak tak utalentowany, tak mądry, taki filozof jak Beckett, i to w dodatku Irlandczyk, może być… agnostykiem? A autor książki… osobą niewierzącą, co podkreśla w wielu miejscach swojego dzieła.

Agnostyka jakoś jeszcze potrafię przełknąć (np. Stanisław Lem także deklarował się jako agnostyk), ale nie do przyjęcia jest dla mnie artysta, czy pisarz niewierzący.

Najwspanialsze dzieła: literackie, malarskie, muzyczne, architektoniczne itd. powstały z wiary, pod wpływem wiary, boskiego natchnienia.

A tu w zdaniach pełnych ostentacji Antoni Libera pisze: „Chciałem wyłączyć się z tego,  nie brać w niczym udziału,  „zobaczyć jak to jest” nie mieć nigdzie wigilii i nie obchodzić świąt”.

Boże, można by powiedzieć, jakiż to jest jednak… biedny duchowo człowiek. A talent pisarski, który przecież posiada, wziął się ot tak z niczego?

Nie chciałbym w tym zapisku dotykać bardzo delikatnej materii, jaką jest wyznanie, ale chyba nieprzypadkowo Antoni Libera ostatnio dodaje do swojego nazwiska… Libin.

Zresztą jako kinofil mogę wspomnieć, że np. aktor Harrison Ford jest Żydem. Do żydowskich korzeni przyznawał się także m.in. amant „złotych czasów” Hollywood Cary Grant. W ogóle w świecie artystycznym, a szczególnie filmowym i literackim, jest bardzo wielu utalentowanych Żydów.

Nie słyszałem jednak aby ktoś, i to artysta, otwarcie mówił, że jest niewierzący. Jak w ogóle można być niewierzącym? Odrzucić kulturę śródziemnomorską, łacinę, chrześcijaństwo, katolicyzm? Co pozostaje? Nic!

Nie, sztuki Becketta, to tylko niewinne igraszki wobec tego, co teraz trwa. Świat bowiem majowy jest zachwycający, natomiast ludzie – z którymi przyszło mi się ostatnio spotykać w sprawach literackich i wydawniczych, a reprezentujący m.in. stowarzyszenia twórcze i instytucje kultury – w swoich aroganckich zachowaniach, nikczemnych postawach, arbitralnych decyzjach… odrażający.

13-14 maja 2022 r.

PS

Do tego zapisku pasuje „jak ulał” Hieronima Boscha (1450-1516) Statek szaleńców (1490-1515)