A MIAŁ TO BYĆ ZAPISEK O… DEMOKRACJI

Motto:

„Nauczyłem się daleko częściej

o niebie myśleć niż o ziemi”.

Z listu Krasińskiego do Gaszyńskiego,

Genewa, 1832 r., 17 marca

 

 

Czym jest demokracja, albo raczej czym demokracja powinna być „ciężko powiedzieć”, tym bardziej, że każdy kto interesuje się wyborami powinien o niej prawie wszystko wiedzieć. Przyszło nam jednak żyć w absolutnie absurdalnej (demokratycznej) rzeczywistości. Oto poniżej tylko dwa przykłady.

W jednym z powiatów województwa pomorskiego w 2018 r. było 40.832 mieszkańców. Uprawnionych do głosowania: 33.197 wyborców. Starostą tymczasem ostatnio został jegomość, który uzyskał zaledwie… 567 głosów. Z 17 radnych powiatowych – bo to radni wybierają starostę – otrzymał głosów… 13. Niech mi ktoś powie: gdzie tu jest demokracja?            

Gdyby ów jegomość uzyskał z owych 33.197: 50% + 1 głos, to byłaby demokracja. I gdyby jeszcze ten jegomość, który był (a raczej kim on nie był): i dziennikarzem, i dyrektorem wydziałów kultury, i jakimś prezesem, i nawet wydawcą jakiegoś kwartalnika itd. miał kwalifikacje do rządzenia przeszło czterdziestoma tysiącami ludzi, to takiej demokracji należałoby tylko przyklasnąć. Wniosek o takiej demokracji może być tylko bardzo ależ to smutny: rządzą nami zupełnie przypadkowi ludzie.

A teraz trochę z innej beczki, ale także o demokracji. Wiele lat temu zostałem członkiem … Stowarzyszenia Ptasiarzy Polski (SPP). Przesympatyczne i elitarne – jak mogłoby się wydawać – stowarzyszenie o najbardziej barwnych ptakach Rzeczpospolitej Polskiej.

Wcale niełatwo jest zostać członkiem tego stowarzyszenia tj. birdwatcherem, czyli ptasiarzem. Ja miałem o tyle ułatwione zadanie, bo już we wczesnej młodości zetknąłem z żołną tj. przedziwnym, i uchodzącym za najbardziej kolorowego ptaka w Polsce.

Żołny bowiem gnieździły się niedaleko nas w stromej skarpie nad wodą, nad którą przebywaliśmy niemal całe lato. Właśnie latem były codziennym zjawiskiem i podziwialiśmy ich ekwilibrystyczne figury w pogoni za błonkoskrzydłymi owadami. Kiedyś nawet któryś z nas wpadł na pomysł, że można by z przedtem upolowanych trzmieli i bąków strzelać w kierunku żołn z procy. Żołny z początku były przestraszone nie tyle nagle pojawiąjącymi się owadami, ile furczeniem gumy proc. A potem przywykły i, wydawało się, że nawet czekały na nasze przyjście.

Z żołnami spotkałem się w tamtych czasach w Hrubieszowie. Pojechałem tam któregoś lata z dziadkiem Kajetanem. Ja oczywiście spędzałem całe dni nad Huczwą (o mało się wtedy nie utopiłem, ale to rzecz na inne opowiadanie). Któregoś dnia syn dziadka brata Ignac postanowił pokazać mi „coś fantastycznego”. I jakież było jego zdumienie, kiedy pokazując mi skarpę z żołnami zacząłem mu o tych ptakach opowiadać.

Teraz żołny w Polsce pojawiają się tylko sporadycznie: gdzieś na Kaszubach zauważono kilka par, a więcej tych ptaków odwiedza świętokrzyskie.

Aby zostać członkiem SPP należy przedstawić przynajmniej dwa udokumentowane zdjęciami kontakty z ptakami. Najważniejszy był jednak egzamin… pisemny, który pisze się pod okiem komisji.

Birdwatcherem, czyli ptasiarzem nie zostaje się jednak na całe życie. Na bieżąco trzeba bowiem udowodniać swoją przydatność do stowarzyszenia, dla ptaków.

(To nie jest tak jak w przypadku – nomem omen SPP, czyli Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, że wystarczy wydać dwa gówniane tomiki wierszy by zostać poetą na całe życie).

Stowarzyszenie Ptasiarzy Polski liczy około czterystu członków. Tzw. „umocowanie prawne” i siedzibę ma w Warszawie, chociaż znacznie rozsądniejsze byłoby inne miasto np. Sandomierz.

Na ostatnie zebranie sprawozdawczo wyborcze przybyło około pięćdziesięciu osób, co stanowi 10% najwyżej 12% wszystkich członków. Moim zdaniem aby wybory były ważne kandydat do władz  powinien otrzymać 50% +1 ilości wszystkich członków SPP. I, oczywiście, wszyscy członkowie powinni mieć szansę głosowania jak nie osobiście, to za pośrednictwem e-maila lub w ogóle korespondencyjnie.

Wymyślono jednak „możliwość glosowania poprzez udzielenie pełnomocnictwa innemu członkowi SPP”. Taką „możliwość” w żadnym miejscu nie przewiduje jednak statut. Statut jedynie podkreśla, że „wybory są tajne”.

Jak wybory mogą być „tajne”, jeśli w grę wchodzi w. wym. „pełnomocnictwo”. Przecież jest to okazja do – mówiąc najdelikatniej – różnych przekrętów. Ot chociażby do takiego, że ktoś kompletnie  życiowo niezrealizowany, słowem kompletny nieudacznik, który nie odróżnia kraski od zimorodka, aby zostać prezesem (a potem „reepreezeentoowaać”) zbierze trochę owych „pełnomocnictw” i prezesem zostanie (a potem owym „pełnomocnikom” „się odwdzięczy”).

Z pięćdziesięciu osób obecnych na zebraniu wybrano… czterdziestu delegatów, że to niby jeden delegat na dziesięciu członków, chociaż o takiej procedurze statut również w żadnym miejscu nie wspomina. Wystarczyło zatem przyjść na zebranie by zostać delegatem. I to ma być demokracja? I mają być „wybory”?

Nie wiem skąd mi się zebrało by napisać o absurdach wyborczych. Widocznie ta sprawa nie dawała mi spokoju od jakiegoś czasu.

Mógłbym, oczywiście napisać o zupełnie czym innym. O tym, chociażby, że od 10 grudnia nie wychodzę z domu. Zaczęło się to od kaszlu. Pomyślałem, że po dwóch, trzech dniach „domowania” przejdzie, tym bardziej, że od wielu tygodni nigdzie, ale absolutnie nigdzie nie chodzę, nie jeżdżę tramwajami, autobusami. Jedyne moje kontakty z tzw. rzeczywistością to tylko jakiś zakupy w osiedlowym sklepiku oraz apteka.

Po kilku dniach pojawiła się gorączka powyżej trzydziestu dziewięciu stopni Celsjusza. Męczący kaszel nie ustaje. Osłabienie. Pościel mokra od potu. Codziennie trzeba prać trzy komplety piżam. W ciągu dziesięciu dni schudłem trzy kilogramy. W końcu decyduję się na antybiotyk augmentin. Temperatura spada do zaledwie trzydziestu sześciu stopni Celsjusza. Na trzeci dzień pojawiają się takie sensacje żołądkowe, że… nie będę dalej kontynuował tego opisu. Zresztą kogo to obchodzi.

Dziesiąty dzień dobrowolnej kwarantanny. Praktycznie z dnia na dzień coraz gorzej. Spoglądam za okno: plączą są jacyś pojedynczy ludzie. Nie wiadomo: czy to niedziela, czy zwyczajny, powszedni dzień. Ponura pogoda. Nie wiadomo: czy to grudzień, czy marzec. Żadnego znaku, śladu, że za kilka dni ma być Wigilia i Boże Narodzenie.

13-19 grudnia 2021 r.

Ps. Żeby jakoś okrasić ten zapisek wybrałem jedno z dzieł amerykańskiego impresjonisty Edwarda Willisa Redfielda (1864-1965). To dzięki Internetowi odkrywam co i raz wspaniałe malarstwo.

Bo któregoś dnia, gdy w mojej domowej biblioteczce szukałem czegoś do czytania natrafiłem na obszerny album Między słowem a światłem gromadzący dokonania pomorskich malarzy i poetów. Zacząłem tę księgę wertować, potem czytać. Nic, absolutnie nic, moim zdaniem, z tych utworów nie przetrwa.

A mając w oczach przepiękne malarstwo Redfielda (najtańszy jego obraz jest wyceniany na sto, sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów) pomyślałem, że żadnego z malarskich bazgrołów, które znajdują się w powyższym albumie nie chciałbym otrzymać nawet za darmo.