TRZY DNI W BYDGOSZCZY

Bydgoszcz odwiedziłem kiedyś jeszcze za czasów studenckich, studiując polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pojechałem wtedy do redakcji tygodnika „Faktów i Myśli”, którego redaktorem naczelnym był Krzysztof Nowicki.

Wiąże się z tym pewna anegdotka. Otóż pan redaktor naczelny kilkakrotnie odrzucał moje wiersze pod jakimś pretekstem, mimo że były one nagrodzone na konkursach literackich. W końcu posłałem mu – jako swoje – wiersze Zbigniewa Herberta. Odrzucił je także. Posłałem wreszcie Nowickiemu – również jako moje własne – jego wiersze. Tym razem utwory te odrzucił bardzo kategorycznie.

Zapamiętałem tamtą Bydgoszcz jako miasto ciemne, szare, w ogóle jakieś prowincjonalne. Gdzież jej do jakże uroczego Torunia.

Potem jadąc do sanatorium w Inowrocławiu, mijałem Bydgoszcz kilkakrotnie. Ot, nic specjalnego: wysokościowce, wysokościowce, wysokościowce. Nie chciałbym mieszkać w takim mieście – stwierdzałem za każdym razem.

Niedawno zajechaliśmy do Bydgoszczy na trzy dni (19-21 sierpień br.) z okazji imprezy sportowej o nazwie „Polish Triathlon Championship Bydgoszcz Borówno 19-20.08.2017”, w której uczestniczył także mój syn Szymon.

Zakwaterowaliśmy się w centrum miasta, w sąsiedztwie katedry św. Marcina i Mikołaja oraz Opery Novej.

Jeżeli gdziekolwiek wyjeżdżam zawsze dla mnie rzeczą pierwszorzędną jest pytanie: jaki widok będę miał za oknem. Ponieważ w Gdańsku na Chełmie zamurowano mnie kompletnie (z otwartego, przestrzennego widoku na oknem został tylko skrawek nieba) bardzo ważne dla mnie jest: co zobaczę w oknie hotelowym. Jak można się domyślać znowu trafiłem na okno z widokiem na mur, nad którym widać było tylko skrawek nieba. Za widok na katedrę i operę trzeba jednak płacić horrendalne (apartamentowe) ceny. Cóż to jednak za apartamenty jeśli bez przerwy pod oknami jeżdżą samochody?

To jednak tylko dwie doby, więc jakoś da się przeżyć. Od razu zatem po zakwaterowaniu jedziemy do Borówna, gdzie nazajutrz o 7.00 rano ma odbyć się pływanie na dystansie 3.800 m. Kluczymy po uliczkach śródmieścia. Szare, brzydkie domy i – chociaż to sobota po południu – jest niemal bezludnie. To tak wygląda śródmieście kilkusettysięcznego miasta?

W Borównie oddalonym od Bydgoszczy jakieś 20 km trwają właśnie przygotowania do poranno niedzielnego pływania, a potem jazdy na rowerze na dystansie 180 km. A na koniec uczestników tego triathlonu czeka jeszcze… maraton, czyli 42 km.

Piękne jezioro Borówno z czystą, ach jakże czystą wodą. Nie waham się by podejść do brzegu, zaczerpnąć dłonią wody i… popróbować. Co za smak!

Start do tego triathlonu jest o 7.00 rano. Trzeba zatem wstać już o 5.00. Szymon kończy swoje 3.800 m pływania z bardzo dobrym czasem. A potem przesiada się na rower i musi przejechać odległość… między swoim miejscem zamieszkania a Bydgoszczą, czyli 180 km. Jest także dobry w jeździe na rowerze. Nie dziwota, bo codziennie pokonuje 30 km na rowerze do pracy i 30 km z powrotem.

Trasa rowerowa to cztery pętle po 39 km (dojazd 24 km) między właśnie jeziorem Borówno a stadionem Zawiszy Bydgoszcz. Ponieważ wszyscy uczestnicy triathlonu mają tzw. chipy mogę obserwować postępy syna na trasie.

Jest zatem niedziela, 20 sierpnia 2017 r., okolice stadionu Zawiszy Bydgoszcz, popołudnie. Obserwuję jak w tzw. „strefie zmian” po porannym pływaniu i przejechaniu 180 km zawodnicy zaczynają maratoński bieg. To arcytrudne zdanie, ponieważ „po rowerze przestawienie się na bieg, biorą udział zupełnie inne partie mięśni” – jak mnie poinstruowano. Ponoć nogi zanim przestawią się na bieg „ciążą jak kłody”. Jedni zatem zawodnicy biegną raźniej: to zapewne ci, którzy trenują dzień w dzień. Jeszcze inni drepczą. Pozostali to biegną, to idą. Umordowani są niesamowicie.

Maraton prowadzi trasą przez Leśny Park Kultury i Wypoczynku „Myślęcinek”, czyli 6 pętli po 7 km. Jest już późne popołudnie. Zapowiada się, że maraton będzie trwał aż do nocy, bo nadjeżdżają wózki ze świecami, które są rozstawiane wzdłuż całej trasy. Cóż po takim maratonie, który niektórzy podrepczą, czy raczej zaledwie dojdą?

Szymon po trzeciej pętli zamierza tym razem… „odpuścić”. I tak dokonał niesamowitego wyczynu. Ileż trzeba wytrzymałości, ileż hartu by przez bite 12(!) godzin najpierw płynąć prawie 4 kilometry, potem przejechać na rowerze 180 km, wreszcie przebiec 21 km.  Jakże mu zazdroszczę. Jakże jestem dumny z syna Szymona.

Po takim wysiłku należy mu się dobry, chociaż lekki, obiad. Szukamy jakiejś pizzerii, ale w śródmieściu wyludnionej Bydgoszczy wszystko jest pozamykane. Wreszcie trafiamy na restauracyjkę niedaleko opery. Wszędzie jednak pustki. Aż dziw bierze. Jest przecież niedziela, późne popołudnie. Gdzież się wszyscy podziali? W tym samym czasie, w Trójmieście, w galeriach handlowych, w pizzeriach, w restauracyjkach, gdzie jest serwowane sushi jest pełno gości. Czemuż ta Bydgoszcz taka… „bezludna”? Kiedy wracamy na piechotę do hotelu okazuje się, że Bydgoszcz to jednak piękne miasto. Co za kościoły, co za wyniosłe odrestaurowane budynki. Tak, chciałbym jeszcze raz kiedyś to miasto odwiedzić.

24 sierpnia 2017 r.

Ps.

Do tego zapisku dołączam 3 zdjęcia:

Na pierwszym zdjęciu Szymon nad jeziorem Borówko. Nazajutrz tj. 20 sierpnia br. o 7.00 przepłynie 3.800 m.

Na drugim zdjęciu Szymon kończy 180 km trasę rowerową.

Na trzecim zdjęciu Szymon podczas maratonu przez Leśny Park Kultury i Wypoczynku „Myślęcinek”.